Narracja Anastasii
- An ja wiem, że jest ci cholernie ciężko, ale... jak na pierwszy raz próby samodzielności w łazience było nawet dobrze... Zobaczysz, że z każdym dniem będzie coraz lepiej... Może nawet okazać się, że bardzo szybko nauczysz się samodzielności... - powiedział Richie, a ja odwracając wzrok w drogą stronę by nie widział moich łez pokręciłam głową starając się nie wspominać mojej wizyty w łazience, gdzie gdyby nie Richie to nie wiem jakby to się skończyło
- Richie chciałabym zostać sama... Proszę cię... - blondyn słysząc moje słowa ciężko westchnął
- Kwiatuszku proszę cię nie zamykaj się w sobie... No może i faktycznie potrzebujesz pomocy przy wielu czynnościach i będzie tak jeszcze przez dłuższy czas, ale… no z każdym dniem na pewno będzie lepiej... uwierz w to... - rzucił blondyn, a ja znów pokręciłam głową
- Richie... proszę cię wyjdź... i... jakbyś mógł powiedzieć lekarzom, że chce by Mel zapoznała się z wynikami moich badań i by weszła razem z nimi do mnie to będę wdzięczna... - szepnęłam, na co niebieskooki znów ciężko westchnął i musiał wyjść, bo usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi, co spowodowało, że niemalże natychmiast z moich oczu zaczęło spływać coraz więcej łez
- Cześć kochanie... Richie powiedział nam co się stało... Wiesz, że mogłaś poczekać na nas? Pomógłbym ci przecież... - słysząc głos taty od razu szybko otarłam mokrego od łez policzki kręcąc przy tym głową
- Tato nic poważnego się nie stało... Tylko obiłam sobie tylną część ciała... Po prostu chciałam spróbować sama... - szepnęłam patrząc się na ojca, który pocieszająco uśmiechnął się
- To dobrze, że starasz się i jestem przekonana, że z każdym dniem będzie coraz lepiej... A tak zmieniając temat to mamy coś dla ciebie... Kevin i Elza prosili byśmy cię ucałowali, powiedzieli, że zajmą się Svenem i byśmy dali ci to... - Veronica całując mnie w głowę podała mi dwa rysunki i ramkę ze naszym rodzinnym zdjęciem, które niedawno zrobiliśmy. Niemalże natychmiast kąciki moich ust nieco uniosły się jednocześnie do moich oczu napływają kolejne łzy
- Dziękuję... To najlepsze co mogłam teraz dostać... - Vera słysząc moje słowa lekko uśmiechnęła się i biorąc mnie za rękę lekko ją ścisnęła
- Możemy wejść? Czy potrzebujecie jeszcze chwili? - gdy usłyszałam pukanie do drzwi spojrzałam się w tamtym kierunku i widząc lekarzy wraz z Mel i Richiem poczułam jak moje serce zaczęło szybciej bić
- Wchodźcie... Chyba nie będę bardziej gotowany na to... - szepnęłam unosząc się do pozycji siedzącej starając się nie patrzeć na wchodzących do środka lekarzy
- Mamy wyniki twoich badań i... - zaczął mówić jeden z lekarzy, a ja zerkając na niego pokręciłam głową
- Możemy przejść do meritum? Proszę powiedzieć mi wprost bez owijania w bawełnę i bez medycznego żargonu. Prosto z mostu... Czy jest szansa na to, że stanę na nogi? - powiedziałam od razu czując jak moje serce jeszcze bardziej zaczęło szybciej bić
- Ana... - ignorując ojca nadal patrzyłam się na lekarzy oraz przyjaciół i widząc minę jednego z lekarzy oraz Mel od razu wiedziałam co zaraz usłyszę
- Anastasio jak widzę lubisz konkrety... No dobrze... Przede wszystkim musisz zrozumieć, że każdy pacjent z takim samym urazem jest inny i... pomimo, że choć twój uraz jest poważny i szansę na odzyskanie sprawności są bardzo małe to nie jest wykluczone, że prowadzona rehabilitacja przyniesie jakiś skutek - powiedział lekarz, a ja poczułam jak łzy napływają mi do oczu
- Mel... czy rehabilitacja coś da?... Tylko proszę cię powiedz szczerze... - szepnąłem patrząc się na przyjaciółkę, która z wyraźnym trudem powstrzymując łzy pocieszająco patrzyła się na mnie
- Ana... Niby twoje pytanie jest normalne, ale na to pytanie nikt ci nie odpowie jednoznacznie... To jest kwestia rożnych czynników i nigdy nie wiadomo jak organizm zareaguje... Nie możesz tracić nadziei, rozumiesz?... Rozmawiałem z lekarzem ze swego szpitala, który jak się okazało przyjaźni się z doktorem Kleinenem i widzisz obaj od pewnego czasu prowadzą badania dotyczące urazów rodzenia kręgowego i profesor Deind chce cię zobaczyć po przylocie oraz zrobić kilka badań, bo może uda się jakoś tobie pomóc, prawda profesorze?- powiedział Richie patrząc się na początku mnie błagalnym spojrzeniem mówiącym bym nie trafiła nadziei, której chyba tak naprawdę już dla mnie nie ma
- Richie spokojnie... Razem z moim przyjacielem, doktorem Deind faktycznie od pewnego czasu zajmujemy się urazami rodzenia kręgowego, ale jak na razie to jest kwestią eksperymentalnych badań... Aczkolwiek faktycznie doktor Deind chciałby się zobaczyć z tobą i osobiście zbadać cię, a potem obaj przedyskutujemy wszystko na spokojnie... - dopowiedział lekarz, a ja pokręciłam głową czując jak coraz więcej łez spływa po moich policzkach
- Ana... Nie umiem ci odpowiedzieć na twoje pytanie, ale... pacjenci z podobnym urazem których znam niestety nie odzyskali sprawności, lecz... to na pewno nie oznacza, że w twoim przypadku będzie tak samo... Nie możesz tracić nadziei... Rehabilitacja może przynieść różne skutki i choć z różnych względów nie podejmę się twojej rehabilitacji to od razu po przylocie skontaktuje cię z swoim kolegą, który ma większe doświadczenie w pracy z pacjentami, którzy mają podobny uraz jak ty... - powiedziała Mel, na co odruchowo przymknęłam oczy i starałam się głęboko oddychać by nie wybuchnąć histerycznym płaczem
- Córeczko... będzie dobrze... zobaczysz - słysząc szept taty i czując jak zapewne on przytula mnie i całuje w głowę otworzyłam oczy i delikatnie odepchnęłam ojca
- Chcę być sama... Nie... Proszę dajcie mi chwilę samej... - szepnęłam od razu, na co tata już chciał coś powiedzieć, ale słysząc moje kolejne słowa niepewnie kiwnął głową, po czym gdy wszyscy wyszli z sali przymknąłem oczy wybuchając płaczem czując coraz mocniejszy ból w klatce piersiowej. Niby czułam, że tak właśnie będzie, że już nigdy nie stanę na nogi, ale jednak gdzieś w głębi serca miałam nadzieję, że to tylko chwilowy stan, że kiedyś znów będę stała o własnych siłach. Wiem, że to kara za to co zrobiłam chłopakom i tacie, lecz nie wiem czy jednak nie wolałabym smażyć się w prawdziwym piekle za to co zrobiłam
- Mamo... Dlaczego?... - otwierając oczy spojrzałam się w stronę okna wbijając wzrok w niebo jakbym liczyła na to, że tak jak gdy przypuszczam byłam na granicy życia i śmierci znów zobaczę choć na chwilę zobaczę się z mamą bym mogła poprosić ją by jednak wzięła do siebie lub by powiedziała mi dlaczego kazała mi tu wrócić
- Hej... Wiemy, że nie chcesz na razie nikogo widzieć, ale może jednak zgodzisz się na małą chwilę z przyjaciółkami? - słysząc ciche pukanie i cichy znajomy głos spojrzałam się w kierunku drzwi i widząc wystawiająca za drzwi głowę Caroline znów poczułam bolesny uścisk w klatce piersiowej i jak nowe łzy napłynęły mi do oczu. Starając się wziąć głęboki oddech i unieść się do pozycji siedzącej nieco skinęłam głową, na co ona posyłając mi lekki uśmiech weszła do środka, a zaraz po niej Elena i Bella, która natychmiast rzuciła się na mnie mocno przytulając do siebie, na co odruchowo odwzajemniłam gest mocniej się do niej przytulając
- Richie nam powiedział... kochana domyślamy jak się musisz teraz czuć, ale... jesteśmy obok ciebie i pomożemy ci... może nie od razu wszystko się ułoży, ale zobaczysz, że powoli wszystko będzie dobrze... - szepnęła Bella, a ja nadal płacząc mocniej się w nią wtuliłam
- Dokładnie kochana... Masz nas i zawsze ci pomożemy... ale nie możesz się poddać, rozumiesz?... Nie ty... - powoli odsuwając się od Is spojrzałam się za siebie na mówiącą Caroline czując mocniejszy uścisk w klatce piersiowej
- Caro... Nawet nie wiesz jak nie przykro... Franz nie powinien umrzeć... Żałuję, że nie mogę zamienić się z nim... On na pewno miałby więcej sił do życia... Przynajmniej miałby więcej powodów do życia... - przyjaciółka słysząc moje słowa ze łzami w oczach pokręciła głową
- Anastasio... Ana... Jestem przekonana, że on powiedziałaby to samo gdyby był na twoim miejscu... Wiem, że to niesprawiedliwe, ale... jestem przekonana, że Franz na pewno nie chciałby abyś się poddawała... Ty też masz wiele powodów do życia... Przecież nasze dzieci muszą mieć zwariowaną ciocię, która odkryje w nich talenty muzyczne, prawda? - ostatnie słowa blondynki kąciki moich ust nieco uniosły się
- A po za tym dziękuję ci za to co zrobiłaś dla niego... Ian mi powiedział co się tam działo... Cieszę się, że przynajmniej wy przy nim byliście i choć w ostatnich sekundach nie myślał o bólu i śmierci... - widok płaczącej przyjaciółki sprawił, że sama nie mogłam powstrzymać łez czując jak tępy ból rozrywa moją klatkę piersiową. Dlaczego to musiało się wydarzyć. Przecież to takie niesprawiedliwe
- Ana... Wiemy, że jest ci ciężko i uwierz, że nie tylko tobie... Nam nadal jest z tym wszystkim trudno, ale... nie możesz się poddać kochana... musimy przynajmniej spróbować zacząć żyć... Franz na pewno chciałby właśnie tego... - szepnęła Elena, na co Caroline pokiwała głową, a ja spojrzałam się na nie sama nie wiedząc co mam powiedzieć
- No cześć dziewczyny... Dobrze, że domyśliłem się gdzie jesteście, bo szukałbym was po całym szpitalu... Trzymasz się kwiatuszku?... - gdy do sali wszedł lan wraz Danielem od razu spojrzałam się na wyższego bruneta i słysząc jego ostatnie słowa wzruszyłam ramionami
- Niby diagnoza mnie nie zaskoczyła, ale jednak... nie jest łatwo ze świadomością. że już nigdy nie stanę na własnych nogach... - szepnęłam na co Bella znów mocno mnie przytuliła
- No i kochana właśnie przez to dziękuj Bogu za życie i za nas, bo jesteśmy obok ciebie i pomożemy ci dostosować się do nowego życia... Może nie będzie jakoś super ani lepiej, ale za to będzie po prostu dobrze - ni stąd ni stąd ni zowąd pojawił się Domenico z Matteo, który mówiąc pocieszająco uśmiechnął się
- No i tak na nowy początek mamy dla prezent, który na pewno ci się przyda - dodał Dom, po czym wyszedł z sali by za kilkanaście sekund wjechać na wózku inwalidzki m, a za nim wszedł Jay
- Może to nie jest różowy mustang klasy A, ale to cacuszko też da radę na trasie szybkiego ruchu - nucił żartobliwie Włoch na co lan z Mattim pokręcili głowami
- Wybacz mu jego wręcz Angielskie poczucie humoru... chłop po prostu odreaguje ostatnie dni... - Domenico słysząc słowa swojego męża przewracając oczami wstał kręcąc głową
- Bardzo śmiesznie kochanie... Najważniejsze, że nasza kochana Anastasia uśmiechnęła się, czyli mój cel został osiągnięty... No a wracając od prezentu kochana to twój nowy pojazd jest najnowszym modelem, tzn. jest elektryczny, ale i możesz poruszać się nim o własnych siłach... Zobacz tu masz panel sterowania i jedynie poruszasz tą kulką , a gdy chcesz sama poruszać kołami to po prostu dla ostrożności zakrywasz ten panel w ten sposób i jedziesz sobie gdzie chcesz... - przyjaciel zaczynając mówić pokazał Mattiemu język, by zaraz potem posłać mi czarujący uśmiech, po czym patrząc się na mnie zaczął pokazywać mi wózek
- Dzięki chłopaki... Wózek jest naprawdę fajny - nie dając nic więcej patrząc się na Doma postarałam się choć lekko uśmiechnąć się, ale nie wiem czy mi wyszło.
- Słuchajcie... Chciałabym coś z wami obgadać... chodzi o to, że tak sobie pomyślałam, że... Franz na pewno chciałby abyście po tym co się stało jak najszybciej wrócili do na scenę i... może dałoby radę by to było jeszcze w tym roku i to na żywo?... Chodzi mi o to by ten koncert mógł oddać hołd wszystkim ofiarą i poszkodowanym, dawał głośny sprzeciw takim atakom i dawał nadzieję na lepsze jutro... Wiem, że właśnie tego chciałby Franz Ian... Tylko chciałabym aby to nie był za bardzo łzawy koncert i dobrze by było gdyby wszystkie rodziny ofiar zgodziły się na ten koncert, a pieniądze ze sprzedaży biletów w jakieś części przeznaczyć na jakąś fundację... - nie powiem słowa Caroline sprawiły, że znów do moi moich oczu napłynęły kolejne łzy, gdzie biorąc głęboki oddech wzięłam przyjaciółkę za rękę lekko ją ściskając chcąc w ten sposób dać jej znać, że jestem obok niej i może na mnie liczyć
- To wielki pomysł Caro... Też jestem przekonany, że Franz właśnie tego by chciał... Zrobię co w mojej mocy by zorganizować koncert jeszcze w przed nowym rokiem i jestem przekonany, że wielu artystów będzie chciało na nim wystąpić... A co do zgód rodzin ofiar to właśnie tak się składa, że akurat szedłem ci powiedzieć, że dziś wieczorem tutaj w szpitalu odbędzie się spotkanie rodzin ofiar ataku z Kancelerzem Feidelem w sprawie pogrzebów i stypendiów dla dzieci ofiar, więc będziesz miała okazję przedstawić swój pomysł, a ja do wieczora na pewno będę wiedział czy uda się to zorganizować jeszcze w tym roku i wtedy będę mógł przedstawić wam konkrety - Ian nie dodając nic więcej podszedł do blondynki, po czym przytulił ją mocno całując w głowę
- Pomysł na koncert jest wspaniały kochana... Może i niestety nie będę aktywną częścią tego koncertu, ale na pewno będę go oglądała w telewizji - powiedziałam patrząc się na zapłakaną przyjaciółkę, która spojrzała się na mnie nieco szokowana
- Sila spokojnie... Jestem pewny, że lekarze zgodzą się dawać ci kilkugodzinne przepustki na czas prób, gdzie z nami będzie nasza osobista blondwłosa bigułeczka jako zaplecze medyczne, więc nie masz o co się martwić - rzucił natychmiast Ian, a ja spoglądając na niego pokręciłam głową
- Nie Ian... Ja już nigdy nie wejdę na scenę... To koniec... - powiedziałam od razu patrząc się na przyjaciela, który znów pokręcił głową
- Ana jestem przekonany, że każdy z nas odczuwa jakiś lęk przed ewentualnym powrotem na scenę, ale nie możemy się temu poddać... A nasz pierwszy koncert po tym co się stało powinien być wspólny bo razem jesteśmy silniejsi kochana... - dodał pospiesznie brunet, na co tym razem to ja pokręciłam głową
- Ian nie... ja się nie boje i wiem, że razem na scenie bylibyśmy silniejsi... ale ty naprawdę nie rozumiesz?... Jestem kaleką wskazaną na wózek do końca życia... Jak myślisz dlaczego nie ma piosenkarzy czy moderatorów siedzących na wózkach?... Bo to koli w oczy, to niestety ani nie pasuje do ładnego obrazka koncertowego ani nie jest marketingowe, więc... nie chce zniszczyć swoim marnym widokiem tak ważny koncert i każdy twój kolejny... - z trudem powstrzymując nowe łzy spuściłam wzrok czując ponownie bolesny uścisk w klatce piersiowej
- Co ty gadasz?/Zwariowałaś?/Jaka znów kaleka Ana?/Oszalałaś? - usłyszałam słowa przyjaciół, ale nic nie mówiąc pokręciłam głową
- Wiesz chyba pójdę do Richiego by powiedział lekarzom by zrobili ci tomografie głowy bo chyba przy postrzale uderzyłaś się w głowę i teraz gadasz głupoty... Wiem niestety jak wygląda sytuacja osób z niepełnosprawnościami, ale... może właśnie tak miało z tobą być i dzięki tobie miałoby się coś zmienić w tym temacie... Pokazałabyś, że osoby niepełnosprawne nie muszą być wykluczonego z życia publicznego i może wiele z nich odważyłoby się spełniać swoje marzenia widząc ciebie na scenie... Byłabyś wtedy nie tylko naszą bohaterką i na pewno swoją obecnością nie zniszczyłabyś żadnego koncertu... - powiedział Ian, a ja zerkając na niego pokręciłam głową
- Ian ja już podjęłam decyzję i jej nie zmienię... przykro mi... A teraz bardzo was przepraszam, bo nie chce wyjść na nie miłą, ale chciałabym zostać sama i się przespać... - nie dodając nic więcej w miarę szybko znów położyłam się płasko na łóżku mając nadzieję, że przyjaciele nie będą drążyć tematu i dadzą mi spokój
- Jasne... Może sen rzeczywiście będzie lekarstwem i sprawi, że z czystym umysłem podejdziesz jaśniej do sytuacji, bo wiedz, że ja nie odpuszczę i na pewno wrócimy do tematu... - Ian nic nie dodając pocałował mnie w czoło, po czym tak jak inni rzucając mi szybkie do zobaczenia wyszedł z pomieszczenia, a ja przymknęłam oczy pozwalając by kolejne łzy leciały po moich policzkach
- Wiesz... Nie jesteś żadną kaleką Principessa guerriera (Wojownicza księżniczko)... Dla mnie naprawdę jesteś bohaterką... wspaniałą i utalentowaną kobietą... Może teraz tego tak nie dostrzegasz, ale... naprawdę jesteś silna i jestem przekonany, że przy naszej pomocy dasz sobie radę... Tylko w to uwierz Silla... Proszę... - szepnął Jay całując mnie przy tym w głowę, a ja nie reagując na jego słowa mocniej zacisnęłam powieki, po czym gdy usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi wybuchnęłam płaczem. Prawda jest taka, że może i w ich mniemaniu jestem silna, ale niestety zostałam kaleką, która teraz będzie musiała już zawsze liczyć na pomoc innych
***
Uczucie suchości w gardle i lekki ból głowy sprawił, że niechętnie powoli otworzyłam oczy i natychmiast uderzyła mnie ciemność w pomieszczeniu, które było jedynie oświetlone przez małą lampkę wiszącą przy wejściu do sali. Biorąc głęboki oddech delikatnie podniosłam się do pozycji siedzącej, po czym nachyliłam się chcąc wziąć z szafki kubek z wodą, ale widząc, że nie sięgam po niego ostrożnie przysunęłam się na sam brzeg łóżka i podjęłam kolejną próbę wzięcia kubka. Gdy już prawie miałam w ręku kubek lekko zachwiałam się i jak długa upadła na ziemię ściągając przy tym na ziemię kubek i ramkę, które roztrzaskały się w drobny mak. Wyczuwając jak znów łzy napływają mi do oczu odruchowo sięgnęłam po zniszczoną ramkę patrząc się na zdjęcie mojej rodziny. Boże dlaczego? Dlaczego to wszystko musiało się stać właśnie teraz gdy zaczęłam odbudowywać relacje z tatą? Nie mogąc przestać płakać delikatnie wyjęłam pęknięty kawałek szkła. Nie mogąc złapać oddechu patrzyłam się raz na zdjęcie a raz na trzymany w drugiej ręce duży kawałek szkła, który odruchowo przyłożyłam do nadgarstka drugiej ręki czując przy tym jak ból w klatce piersiowej narasta. Może i to byłaby zwykła ucieczka, ale z drugiej strony chyba tak byłoby po prostu dla wszystkich lepiej, bo przecież teraz będę jednym wielkim kłopotem dla wszystkich
- Boże Ann/Anastasia nie - nim zdążyłam cokolwiek zrobić do sali ktoś wszedł, ale nawet nie podniosłam wzroku by zobaczyć kto to, bo praktycznie po kilku sekundach poczułam jak ten ktoś wyrywa mi z ręki kawałek szkła, po czym mocno mnie przytula do siebie
- Już spokojnie kwiatuszku... Jesteśmy obok... - od razu rozpoznając głos Grega jeszcze mocniej zaczynając płakać pokręciłam głową
- Po co tu przyszliście?... Proszę zostawcie mnie samą... - szepnęłam na co przyjaciel mocniej mnie przytulił
- Kochana już jest dobrze... Jesteś bezpieczna... I masz nas obok siebie... Richie pójdź może po jakieś leki nasenne... - powiedział George, a ja nie przestając płakać kręciłam głową próbując odsunąć się od niego, ale on mocno mnie trzymał
- Nic nie jest dobrze... Rozumiesz?... Nigdy już nie będzie dobrze... Żałuję, że wtedy nie umarłam... Naprawdę ja chcę umrzeć... Tak po prostu będzie lepiej... - powiedziałam, a brunet kręcąc głową delikatnie odsunął mnie od siebie
- Jakie lepiej Ann? Ja domyślam się jak musisz się czuć, ale do cholery nie byłoby lepiej gdybyś umarła... Pomyśl o swoim ojcu, rodzeństwie, o swoich przyjaciołach... A przede wszystkim o Jayu, który znów miał zapaść i stan przedzawałowy gdy dowiedział się, że szanse na to, że przeżyjesz są niewielkie, że ratując go sama pozbawiłaś się życia... Rozumiesz?... To, że żyjesz to cud i pomimo, że teraz będzie ci znaczniej trudniej żyć to masz obok sobie osoby, które ci pomogą i to nie jak zapewne uważasz z litości czy z wdzięczności, ale z miłości do ciebie... Zobaczysz, że razem sprawimy, że z każdym dniem będzie lepiej i łatwiej, ale... musisz to uwierzyć... uwierzyć w swoje siły i... wykorzystać drugie życie jakie dał ci los... A teraz mój kwiatuszku weź dwa głębokie oddechy, a potem przytulił się do mnie, a ja wtedy podniosę cię i położę na łóżku, dobrze? - nic mówiąc powoli wzięłam dwa głębokie oddechy, po czym mocno przytuliłam się do przyjaciela, który całując mnie w głowę delikatnie uniósł kładąc na łóżku
- Nie wiem czy mam w sobie tyle sił... To jest tak cholernie trudne i bolesne... - szepnęłam patrząc się na przyjaciela, który ciężko westchnął
- To normalne Ann... Może to marne porównanie i pociesznie, ale... gdy byłem na odwyku też myślałem, że jestem już nikim i nic nie wart, że jestem za słaby by dać sobie z tym radę, że nie ma dla już życia... ale wiesz co mnie trzymało przy życiu i dawało siły?... Muzyka i świadomość, że jest przynajmniej jedna osoba, która we mnie wierzy pomimo tego, że cały czas ją ignoruje przez świadomość, że wcale na niego nie zasługuje... To normalne, że czujesz się tak jak się czujesz, ale nie możesz się poddać bez walki... To może i jest cholernie trudne i bolesne, ale tak jest zawsze przy nowych początkach życia i… wydaje mi się, że im trudniej jest na początku tym później jest łatwiej i lepiej… Ann ty jesteś naprawdę silną kobietą i dasz radę na nowo nauczyć się żyć... jestem tego pewny kochana... Tylko uwierz w to tak jak my wierzymy w ciebie... - szepnął Richie, a ja nie mogąc powstrzymać spadających ciurkiem łez patrzyłam się na niego nie wiedząc co mam powiedzieć
- No dobra... To teraz ja dam ci ten lek i zaraz po podaniu pójdziesz spać, a rano jak się obudzisz to zobaczysz, że wraz nowym dniem wszystko nabierze innych kształtów i kolorów... A my jesli chcesz to możemy zostać z tobą dopóki się nie obudzisz, ok? - słysząc dalsze słowa blondyna odruchowo wzięłam za rękę Grega kiwając głową, na co niebieskooki również kiwając głową szybkim wziął mnie za rękę, w której był wenflon, po czym sięgnął po strzykawkę i to co było w jej środku wtłoczył do mojego wenflonu
- Śpij dobrze nasz kwiatuszku... - szepnął George całując mnie w głowę, a ja nic nie mówiąc przymknęłam oczy zapadając sen
Narracja Jaya
- Wiem stary, że po tym co cię spotkało możesz być lekko mówiąc załamany, ale... nie wiem czy to jest odpowiedni sposób na to by sobie z tym poradzić - wlewając w siebie kolejną szklankę whisky spojrzałem się na przyjaciela i posyłając mu piorunujące spojrzenie znów sobie nalałem trunku próbując tym samym zagłuszyć słyszane dziś słowa, które padły z ust Anastasii, ale nie udaje mi się to zbytnie, bo mam wrażenie, że cały czas słyszę jej zrozpaczony tom głosu i jej słowa, że jest kaleką i, że woli umrzeć.
- Odczep się Ben... - rzuciłem jedynie, na co mój przyjaciel nic nie mówiąc pokręcił głową wychodząc z pomieszczenia, a ja wziąłem kolejny łyk mocnego trunku. Ta. Załamany to na pewno najłagodniejsze określenie tego co teraz czuje.
- Oj Khan... z jednej strony to jest najgorsze miejsce w tej sytuacji, ale z drugiej to wcale ci się nie dziwie, że tu jesteś i pijesz... - słysząc znajomy głos spojrzałem się w lewą stronę i widząc siadającego obok mnie Iana, który położył na stale kolejną butelkę alkoholu i szklankę westchnąłem kręcąc głową
- Daj mi spokój lan... Jeśli chcesz się napić to proszę, ale nic nie mów... - rzuciłem patrząc się na przyjaciela, który kręcąc głową nalał sobie do szklanki alkohol
- Jak nie chcesz mówić to nie, ale… posłuchaj mnie… Wiem poniekąd jak się czujesz po tym co usłyszeliśmy, lecz... no zrozum, że ona w tej sytuacji rzeczywiście może się tak czuć i nie możemy się jej dziwić... Raczej wiele osób będąc na jej miejscu wolałaby umrzeć niż być na wózku... - zaczął mówić przyjaciel, a ja spoglądając na niego pokręciłem głową
- Stary ja wiem o tym, ale to nie zmienia faktu, że to cholernie boli... ta świadomość, że poniekąd jestem temu winny, bo to mnie uratowała zakrywając swoim ciałem... To ja powinienem zostać sparaliżowany lub umrzeć... - szepnąłem na co brunet ciężko westchnął kiwając głową
- Wiem o tym stary i czuje się tak samo, bo prawda jest taka, że to ja powinienem umrzeć bądź w lepszej opcji zostać sparaliżowany, bo jednak to ja zostałem wybrany, a ty mnie zastąpiłeś... Tak czy siak Jay nie mamy wpływu na przeszłość i po prostu musi nauczyć się żyć z tym co się stało... Musimy starać się być silni i wierzyć, że wszystko jakoś się ułoży... A przynajmniej nie pozostało nam nic innego stary... - nie patrząc się na mówiącego przyjaciela pokręciłem głową biorąc łyk drinka
- Tylko żeby to było takie proste stary... - szepnąłem na co Ian prychnął biorąc łyk swojego drinka
- Obawiam się stary, że na chwilę obecną nic nie jest proste, że teraz może dla nas wszystkich to co się stało to koniec świata, jesteśmy załamani i nie widzimy żadnego światła w tunelu ale... jak już mówiłem musimy trzymać się i wierzyć, że z każdym dniem będzie coraz lepiej... Musimy być silni dla Any i przez wzgląd na Franza, który właśnie tego by chciał... Musimy trzymać się nadziei, że będzie dobrze... - powiedział Ian, na co ciężko westchnąłem dobrze wiedząc, że ma rację, choć zdaję sobie sprawę z tego, że to jest cholernie trudne znaleźć w sobie po tym wszystkim pokładały sił do dalszego życia. Zwłaszcza jak widzi się, że bliska osoba cierpi i do końca życia będzie musiała znosić skutki aktu terroru
- No a tak zmieniając temat to Caroline udało się namówić rodziny ofiar na zorganizowanie koncertu charytatywnego, a mi udało się załatwić to, że odbędzie się w sylwestra pod bramą Bandeburską zamiast tradycyjnego koncertu sylwestrowego, a Prezydent ma na dniach ogłosić, że tylko na ten koncert będzie zniesiona żałoba narodowa... Domyślam się, że raczej pytam się retorycznie, ale US5 jak mam nadzieję pojawi się na nim - powiedział po dłuższej chwili brunet, a ja spoglądając na niego pokiwałem głową
- Oczywiście, że wystąpimy... Nie widzę nawet innej opcji... - rzuciłem jedynie na co przyjaciel lekko się uśmiechając pokiwał głową
- Tylko mamy przy tym wszystkim pewien problem... A mianowicie musimy jakoś namówić Anastasie do tego by zechciała też w nim wystąpić... To byłby jej duży krok w dobrą stronę - kiwając głową sięgnąłem po dzwoniącą komórkę i widząc, że to dzwoni mama ciężko westchnąłem i odrzucając połączenie szybko napisałem do rodzicielki smsa, że nic mi nie jest i, że jestem z Ianem. Gdy chciałem zablokować telefon przyjrzałem się na tapetę, na której było zdjęcie z Sycylii, na którym byliśmy wszyscy razem. Cholera niby to było dawno temu a jednak pamiętam tamten wakacyjno-koncertowy wypad jakby to było wczoraj i kurde bardzo żałuję, że te szczęśliwe chwilę nie mogły trwać dłużej, że zaraz po powrocie z trasy wszystko zaczęło się sypać. Zatrzymując wzrok na Anastasii poczułem kolejne mocne ukucie w sercu. Cholera dlaczego tak wszystko się między nami potoczyło?
- Chyba mam pomysł na Sillę, ale... nie wie czy zadziała - szepnąłem cicho zastraszając się czy aby na pewno ten pomysł, który właśnie wpadł mi do głowy jest dobry i czy jestem gotowy na jego konsekwencje jeśli pomysł nie wypali
- Jeśli chodzi o Anastasie to z przyjemnością w ciemno ci pomogę, więc mów co robimy - spoglądając na pytająco patrzącego się na mnie bruneta ciężko westchnąłem, po czym nalałem nam alkoholu do szklanek
- Tylko widzisz Ian... Jeśli plan się nie powiedzie to być może nie będzie odwrotu i zawodowo stracimy wszystko na czym pracowaliśmy... Tak, że zastanów się czy aby na pewno tak ochoczo chcesz w to wejść... - rzuciłem szybko na co mój przyjaciel prychając wziął do ręki szklankę
- A jak myślisz gdzie mam po tym wszystkim swoją karierę? Dla mnie najważniejsza jest Anastasia stary, więc pijemy i opowiadaj na co wpadłeś - lekko uśmiechając się do Iana chwyciłem swoją szklankę delikatnie stukając ją o szklankę przyjaciela
- Domyślam się, że w tym samym miejscu co ja, więc w takim razie wypijmy za powodzenie planu, a także za zdrowie Any i twojego dziecka - powiedziałem na co brunet kiwając głową uśmiechnął się, po czym oboje wypiliśmy zawartości naszych szklanek. Cholera naprawdę mam nadzieję, że naprawdę pomysł wypali i to nie względu na ewentualne konsekwencje porażki, ale naprawdę chce by Ana jak najszybciej uwierzyła w swoje możliwości i zaczęła w miarę normalnie żyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz