sobota, 23 grudnia 2023

Rozdział 78

 Narracja Anastasii

Pierwsze promienia słoneczne wpadające do pomieszczenia sprawiły, że powoli otworzyłam oczy budząc się. Dostrzegając to, że jestem w szpitalu poczułam jak do nich oczu napływają łzy. Boże nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jestem, że to wszystko naprawdę się zdarzyło. Chryste dlaczego to musiało się wydarzyć? To takie nierealne, ale jednak prawdziwe. Próbując zapanować nad łzami pokręciłam głową biorąc głębokie oddechy by znów nie wybuchnąć płaczem

- Anastasio spokojnie... Jesteśmy tu przy tobie... Jesteś już bezpieczna i już ci nic nie grozi - nim dobrze zarejestrowałam głos taty poczułam jak zaczął mnie przytulać i głaskać po głowie. Próbują wziąć kilka oddechów odruchowo mocniej wtuliłam się w tatę. Faktycznie jestem już bezpieczna, nic mi nie grozi, ale pomimo, że przeżyłam atak to jednak jestem sparaliżowana. 

-  Jak to się stało, że jestem w szpitalu?... Co z innymi?... - szepnęłam po krótkiej chwili bojąc się, że któremuś z przyjaciół mogło coś się stać 

- Spokojnie kochanie… Z tego co wiem to na krótko przed wejściem policji straciłaś przytomność i dzięki ostrzeżeniu Chrisa i Grega chłopaki w środku mieli czas na przygotowanie się do tego i w momencie wejścia policji Jay wyniósł cię z tamtego miejsca natychmiast oddając cię w ręce lekarzy… Powiedz lepiej czy coś cię boli? Zaraz pójdę po lekarza bo mieli robić ci badania - powiedział tata, a ja powoli pokręciłam głową 

- Jest dobrze tato... Wiesz pojedź z Veronicą do domu, do dzieciaków, bo pewnie tęsknią za wami - szepnęłam patrząc się na ojca, który pokręcił głową, po czym pocałował mnie w czoło

- Kochanie ja już ci mówiłem wczoraj, że nigdzie się nie wybieram, że zostanę tutaj z tobą tak długo jak trzeba będzie... I nie zmienię na ten temat zdania - nie powiem słysząc słowa taty poczułam jak do oczu napływają mi łzy jednocześnie nie mogłam powstrzymać lekko unoszących się kącików ust na samo wspomnienie wczorajszej sytuacji gdy to tata ignorując moje nawołania by zostawili mnie w spokoju tak po prostu położył się obok mnie tuląc do siebie i powtarzając, że jest obok mnie i, że bardzo mnie kocha 

- Oboje zostaniemy tu tyle ile trzeba i nie martw się o dzieciaki. Lizz i Emily skutecznie zajmują im czas... Teraz to ty jesteś najważniejsza nasza bohaterko - odruchowo spojrzałam się w bok na Veronicę, która lekko uśmiechając się do mnie chwyciła moją rękę lekko ją ściskając, a ojciec zrobił to samo 

- O cześć Anastasio... Spokojnie, nie będę pytała się jak się czujesz, bo się tego domyślam, ale za to niestety trochę inaczej ciebie pomęczę, bo muszę pobrać ci krew i zabrać na inne badania... Posłuchaj rozmawiałam z lekarzem i jeśli będziesz chciała to ktoś z rodziny, przyjaciół może być przy badaniach... - gdy do pomieszczenia weszła Yasmin lekko uśmiechnęła się do mnie, na co postarałam się również jej posłać choć lekki uśmiech, ale nie wiem czy mi wyszło

- Dzięki - szepnęłam jedynie na co brunetka znów posyłając mi lekki uśmiech chwyciła mnie za rękę lekko ją ściskając

- Nie wiem czy to będzie dla ciebie pocieszające, ale badania mogą się okazać się jednak czymś przyjemnym, bo za drzwiami już trwa burzliwa debata kto po kim wejdzie do ciebie jak już wrócisz po badaniach, gdzie może źle robię, ale chyba lepiej byś wiedziała, że szykują zrobić honorowy szpaler gdy będziesz jechała na badania - powiedziała po której chwili Yasmin, a ja spojrzałam się na nią ze strachem

- Yasmin... Przepraszam... Ja domyślam się, że czekają mnie spotkania ze wszystkimi, ale... nie wiem czy jestem gotowa na taką ilość dziś... Nawet na korytarzu... - szepnęłam patrząc się na brunetkę, która pokiwała głową 

- Spokojnie kochana... Nie masz za co przepraszać... Domyślałam się, że możesz tak zareagować i próbowałam im delikatnie uświadomić że to może być dla ciebie za dużo jak na raz i zaraz z nimi pogadam... A teraz pozwól, że pobiorę ci krew, ok? - starając się choć lekko uśmiechnąć do dziewczyny kiwnęłam głową, a ona odwzajemniając uśmiech wykorzystując to, że mam w ręku wenflon zaczęła pobierać krew 

- Anastasia... Wiem, że na podziękowania będzie jeszcze czas, ale... chcę byś wiedziała, że naprawdę bardzo ci dziękuję za to co zrobiłaś... I proszę cię nie mów, że to nic, że nie mam za co dziękować, bo jest za co kochana... Nigdy nie zapomnę ci tego, że uratowałaś mego brata... - szepnęła po krótkiej chwili Yasmin ze łzami w oczach biorąc mnie za rękę, którą lekko ścisnęła, a ja spoglądając postarałam się choć lekko uśmiechnąć się do niej sama nie wiedząc co mam jej odpowiedzieć, bo jednak może i ma mnie za bohaterkę to jednak wcale się tak nie czuję

- Pogadamy później o tym ok?... Teraz chce jak najszybciej mieć za sobą te badania choć nie wiem czy mają one sens - szepnęłam na co dziewczyna skinęła głową, a ja spuściłam wzrok mając nadzieję, że jednak mimo wszystko dzisiejszy dzień szybko minie

***

- Cześć kochana... Miałabyś siły i chęci przyjąć kogoś choć na krótką audiencję? Matteo z Ianem bardzo chciałby choć na chwilę wejść do ciebie, ale nie chcą naciskać jeśli nie czujesz się na siłach... No i jest jeszcze Jay, ale poszedł gdzieś mówiąc, że wróci jak tylko ty wrócisz z badań, ale nadal jego nie ma - gdy do sali weszła Yasmin spojrzałam się na nią i słysząc jej słowa ciężko westchnęłam sama nie wiedząc czy jestem gotowa by spotkać się z którymś z przyjaciół 

- Posłuchaj jeśli nie czujesz się na siłach lub nie chcesz dziś żadnych spotkań to powiedz tylko słowo - dodała pospiesznie Yas, na co pokręciłam głową

- Wszystko jest dobrze Yasmin... Możesz ich poprosić... - powiedziałam od razu, choć szczerze mówiąc nie wiem czy na pewno jestem gotowa na choćby krótkie spotkanie z przyjaciółmi. Brunetka pokiwała głową, po czym wyszła z sali, a ja przymykając oczy wzięłam kilka głębokich oddechów

- Anastasia/Ana -  Ian i Matteo jak burza wchodząc do sali stanęli po obu stronach łóżka, po czym praktycznie natychmiast mocno mnie przytulili, a ja mocniej się przytulając nie wytrzymałam i już po krótkiej chwili zaczęłam płakać 

- Ej Silla... Spokojnie... Jesteśmy obok ciebie... - pomimo spokojnego tonu głosu Mattiego to jednak wyczuwając, że on też jest na skraju płaczu zaczęłam płakać jeszcze bardziej

- Płacz kochana jeśli chcesz... może to właśnie jest ci, nam teraz potrzebne... Najważniejsze, że żyjesz... że żyjemy... i nic nam nie grozi... - szepnął Ian, a ja jeszcze mocniej się w nich wtuliłam starając się jakoś uspokoić, gdzie obaj zaczęli delikatnie gładzić mnie po plecach i kołysać

- Cieszę się, że nic wam nie jest…Podobno reszcie też nic nie jest, tak?... Jak to się stało, że nas uwolnili?... - po krótkiej chwili odsuwając się od przyjaciół zaczęłam mówić jednocześnie zaczęłam ocierać mokre od łez policzki 

- Możesz być spokojna o pozostałych, bo fizycznie nic im nie jest, choć Izzy oberwał lekko rykoszetem i nic mu poważnego nie jest, ale jednak psychicznie każdy z nas jeszcze przeżywa to co tam się wydarzyło i jak nie mam jeszcze długo będziemy dochodzić do siebie po tym wszystkim... - powiedział Ian, a ja pokiwałam głową zgadzając się z nim 

- A co do tego jak nas uratowali to... gdyby nie Greg, Domenico i Chris to szlak wie jak to by się to wszystko skończyło... Policjanci w ogóle na początku nie chcieli ich słuchać, że mają dzięki połączeniu z tobą jakiś tam podsłuch tego co dzieje się w środku i kazali nie przeszkadzać... Gdy usłyszeli, że zostałaś ranna to cała trójka wręcz z pięściami wystartowała do głównego dowodzącego całą akcją, że wcześniej nie zareagowali by temu zapobiec, a momencie kiedy dowiedzieli się o planowanym szturmie to po wielu błaganiach namówili dowódcę akcji na to by spróbować powiadomić nas o konkretnej godzinie wejścia policji abyśmy mogli jakoś się przygotować... - dodał swoje Matteo, na co znów jedynie skinęłam głową 

-  No a gdy Richie przekazał nam wiadomość od Chrisa, którą napisał do ciebie, że mamy 5 minut to postanowiliśmy to, że Jay natychmiast po wejściu policji bierze cię i ucieka do wyjścia by jak najszybciej oddać cię lekarzom, a my podzieliliśmy się robotą w zajęciu się tymi ludźmi... - dopowiedział szybko Ian i nic więcej nie dodając chwycił moją rękę lekko ją ściskając

- Czy Caroline już wie o śmierci Franza? - obaj mężczyźni słysząc moje pytanie pokiwali głowami

- Wie o tym i jest załamana, choć stara się jakoś trzymać dla dzieci... Tak, dobrze słyszałaś... Caro jest w ciąży i nie zdążyła powiedzieć tego Franzowi... - słysząc ostatnie słowa bruneta zakryłam usta ręką by zdusić głośny jęk. Cholera dlaczego on musiał umrzeć. To przecież takie niesprawiedliwe. 

- O Boże Ian... - szepnęłam patrząc się na przyjaciela, który kiwając głową znów mnie przytulił całując w głowę

- Wiem kochana... Będziemy wspierać ją, dzieci i nie pozwolimy by dzieci zapomniały o swoim tacie... - powiedział Ian, a ja pokiwałam głową

- Wiesz to co zrobiłaś kochana... To było szalenie głupie a jednocześnie szalenie szlachetne, cudowne... Jesteś naszą bohaterką i nie próbuj temu zaprzeczyć... Zrobiłaś coś na co nie każdy miałby siły i odwagi... - szepnął Matti ściskając moją rękę, na co zerkając na niego odruchowo pokręciłam głową. Może i jestem dla nich bohaterką, ale wcale tak się nie czuje

- Posłuchaj... domyślamy się jak musisz teraz się czuć... Nam wszystkim jest ciężko po tym co się stało, a tobie zapewne jest dwa razy ciężej... Nie chce ci mówić, że będzie dobrze, bo nie wiem czy będzie nawet lepiej, ale na pewno będzie inaczej i... zawsze będziemy z tobą, wspierać ciebie... Rozumiesz?... Razem na pewno jakoś damy radę... - nie powiem słysząc słowa Iana poczułam jak znów do moich oczu napływają łzy, które od razu zaczęły lecieć po moich policzkach. Cholera prawda jest taka, że nigdy nie będzie już dobrze, ani lepiej

- Naprawdę tak uważasz?... Zawsze byłeś kurde człowiekiem wielkiej wiary i nadziei... Szkoda, że w tym przypadku tak bardzo się mylisz... - szepnęłam na co niemalże natychmiast usłyszałam dwa ciężkie westchnienia 

- Cześć... Hej... Mogę wejść na małą chwilę? - nie minęła nawet dobra minuta jak usłyszałam ciche pukanie, przez co spojrzałam się w stronę drzwi i zobaczyłam wychylającego się za progu pomieszczenia Jaya, który pytająco spojrzał się na mnie. Wiedziałam, że to nastąpi, ale jednak nie wiem czy jestem na to gotowa i czy nie wolałabym aby ten moment nastąpił jutro, ale jednak patrząc się na niego lekko skinęłam głową

- Dobra to w takim razie my was zostawimy samych, bo jak nie mam macie o czym rozmawiać... Aczkolwiek Silla my jeszcze nie skończyliśmy, więc wrócimy do naszej rozmowy - Ian wraz z Mattim szybko wstali kierując się do wyjścia, a Jay za to powoli szedł do środku ewidentnie coś ukrywając sobą

- Przepraszam, że nie przyszedłem od razu, ale... To dla ciebie... Wiem, że mama głowę by mi zmyła gdybym przyniósł prawdziwe kwiaty, więc szukałem po całym mieście sztucznych herbacianych róż, co jak się okazało wcale nie było takie łatwe... - Jay gdy tylko zaczął mówić wyciągnął za siebie piękny bukiet sztucznych herbacianych i czerwonych róż, co z jego słowami sprawiło, że mimowolnie kąciki moich ust nieco uniosły się 

- Dziękuję Ci... Są piękne, ale nie musiałeś... - szepnęłam biorąc kwiaty od Jaya, który siadając na krześle również lekko uśmiechnął się, choć jak udało mi się zaobserwować w jego oczach dostrzegłam łzy

- Ana... szczerze mówiąc nie wiem co powinienem powiedzieć, bo... mam wrażenie, że zwykłe słowo dziękuję za dosłowne uratowanie życia jest zbyt banalne i oklepane... - cichy i załamany ton głosu ciemnookiego sprawił, że niemalże natychmiast do moich oczu napłynęły łzy, które od razu zaczęły spływać po moich policzkach

- Jay... Posłuchaj... Mi naprawdę wystarczą te kwiaty i słowo dziękuję... Zrobiłam to co chciałam zrobić i co uważałam za słuszne, choć wtedy zakładałam, że umrę, a nie wyląduje na wózku i... Jay ja nie zrobiłam tego byś czuł się, że jesteś mi coś winien, czy byś mi wybaczył to co zrobiłam... Chciałam po prostu uratować wspaniałego człowieka, który nie zasługiwał na taką śmierć... Możesz być pewny, że mimo wszystko nie żałuję tego co zrobiłam... - Tariq nie marnując ani sekundy usiadł na łóżku i jakby niby nic mocno mnie przytulił, na co odruchowo wtuliłam się w niego. Starając się uspokoić wdychałam jego zapach oraz chłonęłam znajome ciepło i poczucie bezpieczeństwa, które czułam tylko przy nim, a które straciłam przez swoją głupotę

- Silla... Naprawdę bardzo ci dziękuję za to co zrobiłaś... i... czy tego chcesz czy nie to mam u ciebie dług... Nie wiem jak go spłacę, ale... możesz być pewna, że zawsze możesz na mnie liczyć... Rozumiesz?... Wiem, że teraz jest ci ciężko, ale pomogę ci w tej nowej sytuacji i powoli wszystko się ułoży, rozumiesz?... A co do wybaczenia ci tego co się stało to... - brunet zaczynając mówić zaczął delikatnie gładzić mnie po włosach, ale przerwał gdy oboje usłyszeliśmy pukanie do drzwi

- Jak tam... O kurczę przerwałam wam co?... Przepraszam za to... Aczkolwiek braciszku może nie zdajesz sobie sprawy i ciebie zaskoczę ale szpital nie jest odpowiednim miejscem na romantyczne wyznaniami czy rozpoczęcie drugiej szansy... - gdy tylko usłyszeliśmy głos Yasmin szybko odsunęłam się od Jaya i oboje zaczęliśmy ocierać mokre od łez policzki, gdzie brunet słysząc słowa swojej siostry niemalże natychmiast spiorunował ją spojrzeniem 

- Kolejne badania? - spytałam się zerkając na brunetka, która lekko uśmiechając się pokręciła głową

- Nie. Na dziś masz już spokój... Przyszłam zapytać jak się czujesz, czy nie potrzebujesz czegoś i... czy ewentualnie masz jeszcze siły na to by przyjąć jeszcze kilku gości - Yasmin mówicie ostatnie słowa nieco cieszyła głos i nie umknęło mi uwagę to, że Jay ciężko westchnął kręcąc głową 

- Yas nie dziś... Zaraz pogadam z tatą i przekonam go... - rzucił natychmiast Tariq, a ja spojrzałam się na niego i Yasmin pytająco

- Mogę wiedzieć o co chodzi? - spytałam się wzrokiem przebiegając po rodzeństwie, które mierzyło się spojrzeniami 

- Chodzi o to, że nasz tata cholernie bardzo przeżywa to co się stało, odkąd tu jesteś to on też przez cały czas jest w szpitalu i bardzo chciałby z tobą porozmawiać, gdzie zapowiedział, że nie wyjdzie stąd póki tego nie robi... Oczywiście jeśli nie czujesz się na siłach to nie musi to być dziś... - odpowiedziała szybko Yasmin, na co pokiwałam głową na znak, że rozumiem. 

- Oczywiście, że porozmawiam z waszym tatą, więc idź po niego - powiedziałam na co ciemnooka pokiwała głową, po czym wyszła z Sali, a ja wzięłam głęboki oddech. Wiem, że dla mnie to będzie kolejne trudne spotkanie, ale wydaje mi się, że dla pana Khana to będzie jeszcze trudniejsze

- Anastasio jeśli naprawdę nie chcesz dziś porozmawiać z moim tatą to powiedz. On to zrozumie... Ewentualnie jeśli poczujesz, że to jest dla ciebie już za duże to powiedz po prostu, że jesteś zmęczona - powiedział Jay na co pokiwałam głową i nim zdążyłam coś powiedzieć do sali weszła Yasmin a zaraz za nią pan Zulf, pani Evelyn i Kamran

- Witaj Anastasio/Cześć/Powiedz jak się czujesz? - słysząc jednoczesne słowa gości postarałam się nieco do nich uśmiechnąć

- Dzień dobry... Jak na okoliczności to czuję się w miarę dobrze - powiedziałam od razu zerkając na gości

- Anastasio... Ano... Posłuchaj... Boże nadal nie mogę uwierzyć, że do tego wszystkiego doszło, że... mój syn i jego przyjaciele stali się ofiarami moich separatystycznych rodaków... Naprawdę jest przykro i wstyd za to wszystko...  Nie poczekaj kochana. Daj mi dokończyć... Widzisz my byśmy chcieli bardzo ci podziękować za to, że uratowałaś życie Jayowi... To co zrobiłaś było naprawdę heroiczne... Ryzykowałaś własnym życiem i... Jesteś dla nas bohaterką i... Wiedz, że jesteśmy ci dozgonnie wdzięczni i nigdy ci tego nie zapomnimy... Nie wiem czy kiedykolwiek zdołamy ci się odwdzięczyć za to co zrobiłaś... ale... możesz być pewna, że ty i twoja rodzina zawsze będziesz, będziecie mogli liczyć na mnie i na całą naszą rodzinę... Zawsze ci, wam pomożemy kochana... Domyślam się, że zapewne teraz będziesz potrzebowała bardziej fachowej pomocy, więc... od pewnego czasu odkładałem na inne konto pieniądze by mieć je na jak to się mówi czarną godzinę przez co zebrała się nie mała sumka i ja ci te pieniądze przeleje byś miała na rehabilitację lub potrzebny sprzęt... - nie powiem słowa pana Khana, połączone z widokiem jego łez i załamanym tomem głosu sprawiły, że sama zaczęłam płakać i choć na początku chciałam mu przerwać to jednak tak jak prosił nic nie mówiłam, ale jednak gdy usłyszałam o pieniądzach nie mogłam już tylko słuchać

- Panie Khan... Zrobiłam to co uważałam za słuszne i nie żałuję tej decyzji, choć nie zakładałam, że wyląduje na wózku... Nie ma pan za co przepraszać ani nie powinien pan czuć się winny, bo przecież to nie miał pan wpływu na te osoby... Pan jest wspaniałym człowiekiem, który idealnie pokazuje, że można być muzułmaninem łączącym tradycje z nowoczesnością... A co do pieniędzy to ja ich nie chce panie Khan. To są pana pieniądze, a ja ich nie potrzebuję... Mi wystarczy zwykle słowo dziękuję, przytulenie i, świadomość, że Jay będzie szczęśliwy. Nic więcej nie potrzebujemy, choć... jakby zrobił mi pan raz czy z dwa razy jak teraz jestem w szpitalu Arancini z takim sosem kwaśno-słodkim to byłabym bardzo szczęśliwa, a... pieniądze niech pan wykorzysta na rozpieszczanie przyszłych wnuków lub niech pan zabierze żonę na romantyczny wyjazd... - ciurkiem spadające łzy skutecznie utrudniały mi mówienie, a widok łez rodziców Jaya wcale nie ułatwiał mi zadania

- Dziecko... - szepnął tata Jaya i nic więcej nie dodając przytulił mnie mocno

- Anastasio naprawdę ci dziękuję za uratowanie życia naszemu synowi... Jesteśmy twoimi dłużnikami i tak jak powiedział Zulf zawsze możesz na nas liczyć kochanie i... nie krępuj się z tym... - na słowa pani Evelyn spojrzałam się na nią i postarałam się do niej lekko uśmiechnąć

- Ana jesteś naprawdę wspaniałą kobietą i... w takim razie codziennie będziesz dostawać ode mnie dobre jedzie, bo wybacz mi Ev, ale szpitalne jedzenie jest naprawdę okropne... - nadal lekko uśmiechając się tak jak pozostali cicho się zaśmiałam się 

- Dobra słuchajcie dajmy odpocząć Anastasi... Dopiero co się obudziła i przechodziła dziś wiele badań, więc pewnie jest zmęczona a na dalsze rozmowy będzie jeszcze czas... - powiedział po której chwili Jay, na co zerknęłam na niego sama nie wiedząc czy jestem mu wdzięczna czy chciałabym z grzeczności zaprzeczyć jego słowom. Brunet również mając łzy w oczach lekko uśmiechnął się 

- Masz rację Jay... Powinnaś odpoczywać i nabierać sił... Jutro jak przyjadę z jedzeniem to wtedy porozmawiamy... A tym czasem trzymaj się kochana i jeszcze raz ci dziękujemy za to co zrobiłaś... - pan Khan nie dodając nic więcej ponownie mnie przytulił, po czym się o odsunął i przytuliła mnie pani Khan, a zaraz po niej to samo zrobiła Yasmin z Kamranem, po czym pokierowali się do wyjścia

- Jeszcze raz ci dziękuję za uratowanie mi życia i za dziś... na pewno ta rozmowa pomogła memu tacie... A tak wracając do tego co zaczęliśmy to... - zaczął mówić Jay, a ja na początku posłałam mu lekki uśmiech, ale słysząc jego ostatnie słowa zamarłam sama nie wiedząc co chciałabym usłyszeć

- Cześć kochanie... i cześć Jay... Nie chcę wam przeszkadzać... - ni stąd ni zowąd do pomieszczenia wszedł mój tata z Veronicą, gdzie mój ojciec najwyraźniej coś ukrywał pod kurtką, gdyż ją ściskał i przytrzymywał z boku

- Nie Mark, nie przeszkadzasz nam... Zresztą chyba lepiej pójdę do rodziców, a wy pewnie chcielibyście zostać sami... Porozmawiany później Ann, dobrze?... - brunet nic nie dodając pocałował mnie w głowę, po czym szybko wyszedł z sali, a ja spojrzałam się na tatę, który lekko uśmiechając się pokręcił głową

- Tato prosiłam byście pojechali do Elsy i Kevina... Naprawdę nie martw się o mnie tylko odpocznij - powiedziałam patrząc się na ojca, który siadł na łóżku, gdzie nie uszło mojej uwadze jakiś cichy dźwięk przypominając coś na wzór szczekania lub warczenia, a dodatkowo chyba jakby coś poruszało się pod kurtką taty

- Widzisz kochanie razem z Verą postanowiłem coś ci dać... No już, nie wierć się tak... - ojciec mówiąc ostatnie słowa rozpiął kurtkę i moim oczom ukazał się śliczny mały York

- O boże... Kupiliście mi psa?... - psiak jak tylko mnie zobaczył od razu szczeknął radośnie i wskakując na łóżku przydreptał do mnie przez co wzięłam go na ręce zaczynając głaskać i drapać za uchem

- Może to i szalony pomysł, ale... doskonale pamiętam, że jako dziecko chciałaś mnieć psa, ale Diana miała uczulenie, więc nie mogłaś mieć żadnego zwierzaka, a teraz... tak sobie pomyślałem, że zrealizuje twoje marzenie, że może właśnie takiego przyjaciela teraz będziesz najbardziej potrzebowała by... na nowo nauczyć się żyć i nie załamywać się - powiedział tata, a ja nie mogąc powstrzymać łez lekko uśmiechnęłam się przytulając do siebie pieska, który zaczął mnie oblizywać co spowodowało, że cicho zaśmiałam się 

- Dziękuję... To miłe... Zdajecie sobie sprawę, że Elza i Kevin oszaleją jak go zobaczą?... - powiedziałam zerkając a to na tatę a to na Veronicę, która uśmiechając się do mnie pokiwała głową 

- Zdajemy sobie z tego, ale nie przejmuj się... Coś na to zaradzimy z Markiem... Lepiej powiedz jak go nazwiesz - powiedziała Veronica, a ja powoli skinęłam głową

- To może niech to będzie nasz wspólny pies, bo pewnie i tak będę z wami mieszkała, nie wspominając już o tym, że zapewne większość obowiązków spadnie na was przez moje ograniczenia i nie będę w stanie robić wielu rzeczy... A co do imienia to... co powiecie na Sven - psiak słysząc moje ostatnie słowo od razu szczeknął radośnie podskakując na łóżku co sprawiło, że cicho się zaśmiałam 

- Kochanie... Nie ważne co jutro powiedzą lekarze... Najważniejsze jest to, że żyjesz i nawet jeśli okaże się, że już nigdy nie staniesz na nogi to... wiem, że poradzisz sobie z tym... jesteś wspaniałą, silną kobietą i... będzie dobrze, rozumiesz?... Tylko uwierz w to i w siebie, dobrze?- powiedział tata przytulając się do mnie, na co nie mogąc powstrzymać łez mocniej objęłam go czując, że jednak mimo wszystko nic już nie będzie dobrze, że moje życie tak czy siak dobiegło końca

Brak komentarzy: