Narracja Jaya
Wystawiając twarz ku słońcu wsłuchiwałem się szum morza, który w połączeniu z śmiechem dzieci tworzył idealną symfonie, dzięki której coraz szerzej uśmiechałem się. Otwierając oczy spojrzałem się na stojącego bokiem mojego blondwłosego anioła, który wystawiając twarz ku słońcu masowała swój zaokrąglony brzuch i na nasze dzieci, które biegały wokół niej radośnie się śmiejąc i niemalże natychmiast kąciki moich ust szerzej uniosły się. W życiu nie czułem się bardziej szczęśliwy jak właśnie teraz. Powoli wstając zacząłem iść w ich kierunku nie mogąc nadziwić się, że pomimo krętej drogi jesteśmy ze sobą i z każdym dniem kochamy się coraz mocniej
- Jay... - słysząc znajomy kobiecy głos i czując czyiś dotyk na policzku powoli otworzyłem oczy rozglądając się gdzie jestem i zamarłem widząc, że nie jestem na plaży, a niestety jestem w szpitalu. Cholera jednak to wszystko nie było jednak tylko cholernym nocnym koszmarem, a smutną rzeczywistością. Czując mocniejsze bicie serca spojrzałem się na Anastasię oraz na aparaturę i widząc równą pracę serca nieco ulżyło mi
- Przeżyła noc... Może jednak jest nadzieja Yasmin?... - szepnąłem spoglądając na siostrę, która pocieszająco-blado uśmiechnęła się
- Chciałabym to wierzyć braciszku... Na pewno wyczuła obecność waszą i waszych fanów pod szpitalem... - nie powiem na samo wspomnienie wczorajszej nocy gdy Yas poprosiła byśmy poszli za nią by zobaczyć stojące przed szpitalem tłumy naszych fanów, którzy trzymając różne źródła światła po cichu śpiewali nasze piosenki kąciki moich ust nieco uniosły się. Nie spodziewałem się takiej reakcji z ich strony, choć to miłe i jak nie mam z drugiej strony nieco kłopotliwe dla szpitala
- Mam taka nadzieję... A oni nadal są pod szpitalem co nie?... Zaraz pogadam z Ianem i zastanowimy się jak to rozegrać by nie zaszkodzić pracy szpitalowi, ale i by fani nie poczuli, że nie doceniamy ich gestu
- Właśnie miałam o tym z tobą pogadać... Fani zaczęli przynosić kwiaty i znicze, które kładą pod zdjęciem Franza... Ta. W mediach już krąży informacja o jego śmierci, więc fani zaczęli przynosić tutaj kwiaty wraz z zniczami i przynajmniej zaczęli robić to w miarę dobrym miejscu to jednak z minuty na minutę przybywa wszystkiego... A jeszcze inni przynoszą kwiaty dla was i rannych osób... - powiedziała siostra, a ja pokiwałem głową
- Jasne... Zaraz się tym zajmiemy... Powiesz mi jak to w ogóle się stało, że znów pracujesz w szpitalu? - powiedziałem patrząc się na siostrę, która lekko uśmiechając się skinęła głową
- Wiem, że po śmierci Johna gdy rzucałam fartuch obiecałam sobie, że nigdy więcej go nie założę bo skoro nie uratowałam swojego narzeczonego to i innych nie będę w stanie, ale gdy usłyszałam o ataku to... po prostu poczułam, że muszę to zrobić, że nie wybaczę sobie jeśli nawet nie spróbuję... I wiesz co braciszku? Mogę śmiało powiedzieć, że Anna uratowała nie jedno życie... Nie patrz się tak na mnie bo to prawda... Niby naprawdę polubiłam swoje nowe życie jako makijażystka, ale wczoraj tam na sali operacyjnej znów poczułam się jak podczas pierwszej operacji, w której uczestniczyłam, że to jest moje miejsce i choć wiedziałam, że Anna jest w bardzo złym stanie to jednak determinacja lekarzy dodawała mi energii... więc kto wie czy nie zostanę tu na dłużej... - nie powiem słowa brunetki sprawiły, że kąciki moich ust nieco uniosły się
- Cieszę się kochana, że na nowo odkryłaś swoje powołanie i trzymam kciuki za twoją dalszą karierę nie patrząc czy to makijażystki czy pielęgniarki... A tak w ogóle to wiesz może gdzie poszedł Mark i Veronica? - siostra słysząc moje słowa pokiwała głową
- Poszli razem z naszym tatą i Kamranem po kawę do naszej mamy... Jay posłuchaj ja nie chcę cię wyganiać z stąd, ale zaraz będzie obchód lekarzy i zapewne będą chcieli zbadać Anę, więc... - kiwając głową powoli wstałem i jeszcze raz spoglądając na Anastasię nachyliłem się całując ją delikatnie w kącik ust patrząc się na nią kątem oka, ale ona ani drgnęła ani na aparaturach nie zmieniły się odczyty. Kręcąc głową ciężko westchnąłem. Cholera na co ja liczyłem. Życie to nie jest jakaś pieprzona bajka i szkoda, że bardziej obrywają osoby, które na to nie zasługują
- Wiem braciszku... To cholernie boli i choć nigdy nie przestanie to jednak ten ból za jakiś czas będzie lżejszy... - spuszczając wzrok z mówiącej siostry szybko wyszedłem z sali, gdzie od razu wyczułem na sobie wzrok siedzących pod salą przyjaciół
- Hej... Jak się trzymacie? - szepnąłem sam nie wiedząc jak zacząć rozmowę
- Wiesz wiadomo, że mogłoby być dużo lepiej, ale nie możemy narzekać, bo mogło być gorzej... A jak ty się trzymasz? - odezwał się jako pierwszy Matteo, a ja powoli skinąłem głową
- Ni jak... Ian jest u Eleny i Caroline? - powiedziałem patrząc się na przyjaciół, którzy pokiwali głowami
- Hej... My jesteśmy tu, a Caroline jeszcze śpi, więc nie budziliśmy jej i Daniel jest przy niej - słysząc znajomy głos odwróciliśmy się i widząc przyjaciela z narzeczoną lekko uśmiechnąłem się. Elena widząc mnie posłała mi lekki uśmiech, po czym podeszła do mnie mocno się przytulając
- Dziękuję ci za to co chciałeś zrobić Jay... Nigdy ci tego nie zapomnę i pamiętaj, że zawsze będziesz mógł na mnie liczyć... A ponad to jest mi cholernie przykro, że suma summarum to Ana została ranma... Nadal nie moge w to wszystko uwierzyć... - powiedziała cicho przyjaciółka, a ja mocniej przytuliłem się do niej
- Nie masz za co mi dziękować Eleno... Zrobiłem to co uważałem za słuszne i nie czuje się żebym zrobił coś specjalnego i jedynie żąłuję, że nie mogłem wtedy przewidzieć ciągu dalszego tamtych zdarzeń... - szepnąłem, na co blondynka ze łzami w oczach pokręciła głową
- Jay przede wszystkim pamiętaj, że to nie twoja wina... Ona zrobiła to z miłości do ciebie i choć możesz ją nienawidzić oraz zaprzeczać swoim uczuciom to taka jest prawda kochany... Wiesz przyśnił mi się Franz i może to śmiesznie zabrzmi, ale... wierzę, że on czuwa nad nią i nie pozwoli na to by ona tam z nim została... Po prostu musi wszystko się ułożyć... Przynajmniej to... - słysząc słowa Eleny ciężko westchnąłem sam nie wiedząc co nam jej powiedzieć
- Przynieśliśmy wam gorąco-dobrą kawę i pyszne kanapki... I nie próbujcie choćby jednej nie spróbować bo robiła je sama siostra oddziałowa, czyli tak nawiasem mówiąc pani Khan, tzn. moja mama wraz z innymi pielęgniarkami, więc nie radziłbym się z nimi kłócić w kwestii nie wzięcia od nich jedzenia - słysząc znajomy głos odwróciłem się i widząc Marka z żoną oraz tatę z Kamranem, gdzie wszyscy mieli tace z kubkami i kanapkami blado uśmiechnąłem się kiwając głową, gdzie dłużej zatrzymałem wzrok na swoim tacie, który jak miałem wrażenie postarzał się przez te kilka kilkanaście godzin
- Bardzo dziękujemy. Jak tylko zobaczę waszą mamę od razu jej podziękuję w imieniu nas wszystkich. Faktycznie dobra kawa i kanapka teraz każdemu by się przyda, zwłaszcza przed różnymi dyskusjami jakie nas czekają... - powiedział Ian, a ja odruchowo kiwając głową wziąłem od taty tace kładąc ją ostrożnie na krześle tak jak pozostali
- No właśnie Ian chyba pierwsze co musimy zrobić to pójść wreszcie do ludzi przed budynkiem... Rozmawialiśmy o tym z Izzym i wpadliśmy na pewien pomysł... A mianowicie, że gdy wyjdziemy na zewnątrz to oficjalnie potwierdzimy śmierć Franza, bo jak na razie w necie niby jest info o tym, ale jednak dobrze by ludzie to usłyszeli od nas i prośbę by uznawali prywatność Caroline o tej trudnej sytuacji... Poprosimy takie fanów by nie przynosili już kwiatów i zniczy, a zamiast tego przynieśli pluszaki dla dzieci z oddziałów pediatrycznych, które będą mogli składać w jednym wyznaczonym miejscu oraz by po prostu oddali krew i zapisali się do banku szpiku kości by w ten sposób mogli uratować komuś życie... No i powiemy, że pomimo, że to dla nas miłe, że tu są to dbając o komfort prawników szpitala i pacjentów oraz ich rodzinto prosimy by po tym jak oddadzą krew poszli do domu, a my obiecujemy, że będziemy informować ich na bieżąco o tym co się dzieje - powiedział Matteo, na co unosząc brwi spojrzałem się na niego i Izza kiwając głową
- Chłopaki co prawda nie wiem ile osób rzeczywiście odda krew czy ile zapisze się do banku szpiku kostnego i czy pójdą do domów, ale pomysł mi się podoba... Ba... możemy jeszcze dopowiedzieć, że my też oddamy krew i zapiszemy się do banku szpiku kostnego, bo nie wiem jak wy, ale ja z przyjemnością jak już sytuacja nieco się ustabilizuje pójdę to zrobić - rzucił natychmiast Ian, a ja biorąc kubek z kawą pokiwałem głową lekko uśmiechając się do niego
- Ja co prawda jestem już zarejestrowany jako potencjalny dawca szpiku, ale krew na pewno oddam - powiedziałem szybki biorąc potem łyk kawy
- No i super kochani czyli mamy już jakiś plan na początek dnia... - zbytnio nie słuchając mówiącego Mattiego podszedłem do taty
- Tato proszę jedź do domu z Kamranem i się porządnie wyśpij... Gdyby coś się stało to od razu dam ci znać - powiedziałem spoglądając na ojca, który nieco piorunując mnie wzrokiem pokręcił głową
- Jay ja już mówiłem, że nie ruszę się z stąd dopóki Anna nie wybudzi się i nie przekonasz mnie do zamiany decyzji - słysząc słowa ojca pokręciłem głową
- Tar zostaw tatę, bo na siłę nic nie wskóramy z tym uparciuchem… Ledwo wczoraj zgodził się położyć w dyżurce pielęgniarek, a co dopiero miałby pojechać do domu choćby na godzinę - tym razem to Kamran spotkał się z gromem naszego ojca, na co tak jak pozostali cicho się zaśmiali
- Jak ja zaraz jednego i drugiego za uszy nie przeciągnę przez korytarz to zobaczycie co zrobię... A teraz brać mi tu kanapki i koniec dyskusji... - kręcąc głową na słowa rodziciela wziąłem kanapkę spoglądając kątem oka na wchodzących do sali lekarzy czując jak moje serce zaczęło szybciej bić
- Cześć wszystkim... Jak Anna?... Eleno zaraz na być u was lekarz, więc chodź już... Błagam powiedźcie, że mogę poczęstować się tą kawą, bo tak ładnie pachnie, a bez tego trunku czuję, że zaraz padnę i sam będę potrzebował lekarzy... - słysząc znajomy głos odwróciłem się i widząc podchodzącego do nas Daniela rzuciłem mu lekki uśmiech
- Częstuj się i w drugą rękę weź kanapkę, a jak już będziecie szli to pójdę z wami to zaniosę śniadanie Robertowi i może dla Caroline też wezmę tylko, że pójdę do mamy po herbatę dla niej i dla Eleny... Stan Any jest bez zmian i właśnie są u niej lekarze, więc zobaczymy co powiedzą... A tak w ogóle to trzymasz się jakoś? Jakbyś chcieli to psychologowie są do naszej dyspozycji - Daniel posyłając mi uśmiech wziął kubek od razu biorąc łyk
- Dzięki... Szczerze? Czuje się tak jakby walec po mnie przejechał, ale ty to już zapewne czujesz się dużo gorzej... To jest wręcz nierealne to co się stało i nadal do mnie nie dociera, że to wszystko naprawdę się wydarzyło...To jakiś obłęd po prostu... A co do rozmów to szczerze mówiąc jedyną osobą, z którą jak na razie chce rozmawiać o tym ci się stało jest Robert... No i oczywiście wy... - powiedział Daniel, na co skinąłem głową
- O jasna cholera... Skończone gnidy... Słuchajcie mamy problem i to chyba nie mały... Chyba przydadzą się nam twoje kontakty Ian... - nagły wybuch Richiego spowodował, że spojrzałem się na niego pytającym spojrzeniem, na co on podszedł do Iana, a ja natychmiast jak inni podszedłem do nich spoglądając na trzymaną przez blondyna komórkę i praktyczne od razu zamarłem widząc na ekranie telefonu scenę śmierci Franza. Cholera nie wierzę, że ktoś to nagrał. Patrzenie jak twój przyjaciel umiera praktycznie na twoich rękach jest najgorszym przeżyciem w życiu, ale oglądanie nagranej danej scenki jest wręcz surrealistyczne
- Jest jeszcze jedno nagranie pokazujące jak Jay oddaje się w ich ręce za Iana, a potem Ana ratuje Jaya - nie odrywając wzroku z komórki pokręciłem głową na słowa blondyna nie mogąc w to uwierzyć
- Nie no po prostu nie wierzę... Jak ktoś to w ogóle mógł nagrać i opublikować?... - powiedział Roger, a ja przymykając oczy wziąłem głęboki oddech by się uspokoić i nie wybuchnąć
- Niby to zgłosiłem do administratora, ale obawiam się, że to i tak już hula w necie... - rzucił Richie, na co otworzyłem oczy kręcąc głową wiedząc doskonale, że on na rację
- Szczerze mówiąc obawiałem się tego, ale nic nie mówiłem by nie wywoływać wilka z lasu… Cholera by to wzięła tych przeklętych pismaków... Naprawdę miałem nadzieję, że w obliczu tego co się stało okażą się ludźmi z sercem i nie będą niczego nagrywać ani robić zdjęć... Postaram się użyć swoich kontaktów by to jakoś zatrzymać, ale nie ręczę za efekt... - rzucił Ian, a ja spoglądając na niego znów pokręciłem głową
- Słuchajcie Caro nie może tego zobaczyć... Ona jest załamana i jedynie co teraz ją trzyma to dzieci, a gdy to zobaczy to dosłownie rozpadnie się... - powiedział Daniel, na co natychmiast poczułem ukucie w sercu na samą myśl o tym co teraz przeżywa Caroline.
- Więc zrobimy wszystko by tego nie zobaczyła, a w ostateczności by ktoś z nas był przy tym jak to zobaczy... - powiedziałem od razu na co przyjaciele pokiwali głowami
- Roger a tak w ogóle to jak Emilly radzi sobie z dzieciakami? Może Robert do niej pojedzie by jej pomóc? - powiedział po chwili Dal na co Rog lekko uśmiechnął się kręcąc głową
- Wiesz przy trójce własnych Em już nie przeszkadza to czy ma dwójkę więcej czy mniej, więc daje radę, choć bardziej jest jej trudniej emocjonalnie to wszystko znieść... Jak na razie zajmuje im każda sekundę nie pozwalając by starsze dzieciaki usłyszały o tym co się stało, choć pewnie wyczuwają napięcie... Mam zamiar do niej pojechać do hotelu by jej pomóc, więc niech Robert zostanie z tobą i Caroline... - odpowiedział od razu przyjaciel, na co pokiwałem głową ciesząc się, że przyjaciele wczoraj nie zabrali ze sobą na próbę dzieci, bo dzięki temu nie były świadkami tych tragicznych wydarzeń
***
- Cześć chłopaki. Jak Anna? - słysząc znajomy głos spojrzałem się w bok i widząc siadającą obok Chrisa Bellę, która go pocałowała lekko uśmiechnąłem się kiwając głową na Mike i Liz, którzy usiedli obok niej
- Bez zmian kochana... Lekarze każdą czekać... Swoją drogę nie myślałem, że tak szybko wrócisz do szpitala po nocnym czuwaniu - powiedziałem patrząc się na przyjaciółkę, która pokiwała głową
- Niby zrobiłam sobie krótką drzemkę, ale nie mogłam znaleźć sobie miejsca w hotelu, więc postanowiłam przyjechać... No nie patrz się tak na mnie Chris. Zdecydowanie wolę być teraz tu z nią, wami... Nadal nie mogę w to wszystko uwierzyć... To jakiś obłęd... - powiedziała Is, a ja odruchowo skinąłem głową
- Uwierz mi, że nie tylko ty nadal nie możesz w to uwierzyć... - szepnąłem cicho patrząc się na drzwi wejściowe do sali Anny.
- Wiem o tym... W mediach nie mówią czy piszą o niczym innym... Wiem, że powinniśmy coś opublikować, ale po raz pierwszy nie wiem kompletnie co napisać i czy są jakieś słowa, które byłyby tutaj właściwe... - słysząc słowa przyjaciółki kręcąc głową ciężko westchnąłem zdając sobie sprawę, że rzeczywiście nie ma słów by opisać to co się stało
- Spokojnie Is... Jak Izzy z Caycem wrócą z oddawania krwi to razem się nad tym zastanowimy, bo faktycznie może przydałoby się coś napisać, zwłaszcza w świetle opublikowanych filmików, które jak mam nadzieje już zostały zdjęte z sieci... - powiedział od razu Chris obejmując swoją dziewczynę
- Wiesz skoro sam Kanclerz i minister cyfryzacji się tym zajęli to chyba możemy uznać, że wyjaśnią sprawę... Swoją drogę nie spodziewałam się że sam Kanclerz osobiście tutaj przyjedzie i żałuję, że dałam się wam namówić i pojechałam do domu przez co nie było mnie wtedy tutaj - słowa Belli sprawiły, że lekko uśmiechnąłem się na wspomnienie nieoczekiwanego pojawienia się najważniejszego człowieka w Niemczech. Nie powiem to miłe z jego strony i cieszę się, że zapewnił nas, że wszystkie rodziny ofiar ataku nie zostaną bez wsparcia i przynajmniej finansowo będą zabezpieczone na przyszłość, a także, że odpowiedni ludzie zajmą się sprawą tych filmików
- Uwierz mi kochana, że nic nie straciłaś... Przybył, pogadał i pojechał... Najważniejsze, że odbyło się to bez blasku fleszy, że rodziny ofiar dostaną wsparcie od władz i, że zajmą się tymi filmikami... - ni stąd ni zowąd pojawił się Ian, który podszedł do Belli całując ją w policzek
- Cześć Iam. Powiedz jak Elena i Caroline? - spytała się brunetka na co przyjaciel skinął głową
- W miarę... Fizycznie obie mają się dobrze, ale psychicznie jest już gorzej... zwłaszcza jeśli chodzi o Caro... Aczkolwiek najważniejsze, że serca dzieci mocno biją i zdrowo rozwijają się pod sercami swoich mam - nie powiem ostatnie słowa bruneta sprawiły, że poczułem ulgę, że z dziećmi jest wszystko dobrze
- To dobrze... Bałam się ogromnie jak to wszystko wpłynie na ich ciążę i dzieci... Pójdę do nich i za jakiś czas wrócę do was - Isabella nie dodając nic więcej szybko wstała zaczynając iść w swoim kierunku, a ja wstałem podchodząc do szyby spoglądając na nadal nieprzytomną Anastasie. Czując kolejny uścisk w klatce piersiowej ciężko westchnąłem
- Wiem stary... Te czekanie jest najgorsze, ale... w tym przypadku chyba lepiej, że jest jak jest niż by miało nadejść najgorsze - rzucił Ian, a ja pokręciłem głową choć wiedziałem, że ma rację
- Jay wejdziesz do niej? My z Markiem pójdziemy po herbatę i kawę. Chcesz coś? - słysząc słowa Caroline spojrzałem się na nią i na początku pokiwałem głową, ale później powoli wchodząc do sali pokręciłem głową. Nie marnując ani sekundy siadając przy łóżku blondynki wziąłem ją za rękę lekko ją ściskając czując po raz kolejny bolesny uścisk w klatce piersiowej. Boże dlaczego to wszystko musiało się wydarzyć.
- Anastasio... jeśli możesz wróć do nas jak najszybciej... Proszę... - szepnąłem sam nie wiedząc czy powinienem ją o to prosić czy powiedzieć, że może w spokoju i bez żalu odejść w lepsze miejsce. Czując napływające do oczu łzy przymknąłem oczy przykładając sobie jej dłoń do policzka. Cholera wiem, że między nami jest jak jest i, że jakaś cząstka mnie nadal coś do niej czuje, ale w życiu nie chciałem by ona mnie uratowała za cenę swego życia. Po krótkiej chwili wyczuwając na policzku jakby muśnięcie niepewnie otworzyłem oczy zerkając na Anastasię i niemalże natychmiast maszyny zaczęły wydawać przeraźliwie głośny pisk
- Ana... POMOCY - widząc jak blondynka jakby zaczęła się dusić szybko krzycząc wstałem kładąc rękę na jej policzku sam nie wiedząc co mam zrobić
- Jay wyjdź... JUŻ... - niczym torpeda do sali wpadła Yasmin, a za nią Richie, który odciągnął mnie od dziewczyny, a gdy zobaczył, że stoję patrząc się na to co oni robią szybko wypchnął mnie za drzwi i zasłonił okno w szybie.
- Jay co się stało?/ Co z Ann? - słysząc za sobą głosy przyjaciół spojrzałem się na nich sam nie wiedząc co powiedzieć
- Nie wiem... Nagle poczułem jej dotyk, a... potem był tylko pisk maszyn... - nim dopowiedziałem zdanie do sali wbiegli lekarze, a ja znów odwróciłem się w stronę szyby, ale nic nie dostrzegając oparłem czoło o nią pozwalając by gromadzące się w moich oczach łzy zaczęły spływać po policzkach
- Boże Anastasia... - słysząc z tyłu głos Marka przymknąłem oczy nie mając odwagi na niego spojrzeć. Co by nie powiedzieć ona uratowała mnie i teraz sama walczy o życie
- Mark nie wejdziesz tam... Daj pracować lekarzom... Oni ja ratują... - powiedział Mike, a ja czując ostry ból w klatce piersiowej rozpłakałem się bardziej
- Nie mogę jej stracić... Nie teraz... Mike... - kręcąc głową na słowa menadżera pokręciłem głową czując jak grunt odsuwa mi się spod nóg
- Jay wiem co czujesz, ale... ona na pewno by chciała byś nie załamywał się... - czując na ramieniu dotyk i słysząc głos Iana powoli otworzyłem oczy spoglądając na niego kręcąc głową
- Ian... ona nie może umrzeć... jeśli ona odejdzie... - szepnąłem patrząc się na przyjaciela, który ze łzami w oczach kręcąc głową przytulił mnie
- Jay... domyślam się jak się musisz czuć... i wiem, że... to niesprawiedliwe, ale... ona... uratowała ci życie i... nie możesz tego zmarnować... zwłaszcza gdyby stało się najgorsze... Musimy być silni... Dla niej - szepnął Ian, na co nic nie mówiąc pokręciłem głową. Gdy po jakimś czasie usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi spojrzałem się na nie i widząc wychodzącą Yasmin spojrzałem się na nią pytająco, ale ona patrzyła się na Marka i Veronicę
- Mark, Veronica wejdźcie - przyjaciel z żoną natychmiast weszli do środka sali, a ja odruchowo zrobiłem krok chcąc iść z nimi, ale siostra spoglądając na mnie pokręciła głową
- Tylko oni Jay... Przepraszam... - brunetka nie czekając na moją reakcję szybko weszła do środka zamykając mi drzwi przed nosem. Czując coraz mocniejszy ból w klatce piersiowej oparłem czoło o szybę drzwi. Boże dlaczego to wszystko musiało się zdarzyć.
- Co się dzieję/Jay - słysząc znajome głosy odwróciłem się w stronę taty i Belli sam nie wiedząc co mam im powiedzieć
- Nie wiemy dokładnie... Czekamy na jakieś wieści... - odpowiedział szybko Ian, a ja robiąc kilka kroków w bok patrzyłem się na drzwi sam nie wiedząc czy bardziej powinienem modlić się o cud prosząc Boga by nie zabierał jej, czy może o to by zaznała spokoju przy swojej mamie. Gdy po dłuższej chwili drzwi się otworzyły i z pomieszczenia wyszyli obaj lekarze oraz Yasmin i Richie spojrzałem się na nich pytająco próbując cokolwiek wyczytać z ich twarzy, ale wszyscy mieli kamienne twarze
- Panie doktorze co z Anastasią? - spytałem się cholernie bojąc się tego co mogę usłyszeć
- Anastasia żyje... Obudziła się i jak na razie nie ma żadnych objawów wynikających z niedotlenienia mózgu... - słysząc słowa lekarza poczułem jak wielki głaz ściskający moją klatkę piersiową rozpada się na kawałki pozwalając mi tym samym wreszcie odetchnąć
- JEST/Wiedziałam, że tak będzie/Ona nigdy by się tak łatwo nie poddała/Dzięki Bogu - pomimo słyszanych słów przyjaciół nie odwróciłem wzroku z siostry i przyjaciela, którzy pomimo, że mieli lekkie uśmiechy mieli smutne wyrazy oczu, które jasno mi mówił, że jednak jak zwykle musi być jakieś cholerne ale. Tylko dlaczego to musi być akurat w tym przypadku
- Ale... w wyniku postrzału jest... sparaliżowana... prawda? - szepnąłem niepewnie przypominając sobie o drugim scenariuszu i niemalże natychmiast widząc jak Richie spuszcza wzrok poczułem bolesne ukucie w sercu wiedząc, że mam rację
- Niestety tak... Tak jak podejrzewaliśmy doszło do paraliżu od pasa w dół... Jutro będziemy robić szczegółowe badania byśmy mogli precyzyjnie określić stopień uszkodzenia rdzenia kręgowego i wskazać ewentualne dalsze drogi leczenia, postępowania... - czując jak nogi uginają mi się pokręciłem głową nie wierząc, że ten cholerny scenariusz się sprawdził i, że ona jest sparaliżowana
- Boże/Cholera/Matko Boska/Tylko nie to/Chryste przecież ona się załamie gdy się dowie - znów ignorując jednoczesne słowa przyjaciół pokręciłem głową starając się nie wpadać w panikę
- Anastasia już zorientowała się, że jest sparaliżowana i faktycznie załamała się i przez to poprosiliśmy Marka wraz Veronicą by weszli i byli przy niej, bo teraz potrzebuje ich najbardziej… Na chwilę obecną podaliśmy jej silne leki, przez które do jutra rana będzie spała… Niestety jak razie możemy powiedzieć wam tylko tyle, bo więcej będziemy wiedzieć dopiero po badaniach… - czując jak do oczu napływają mi łzy kiwnąłem głową, po czym nieco odszedłem w bok i zakrywając twarz rękami pokręciłem głową
- Jay… To na pewno nie jest łatwa sytuacja, ale… najważniejsze, że ona żyje… Na początku na pewno nie będzie dla nikogo z nas a już w szczególności jej łatwo żyć w tej nowej rzeczywistości ale… ona jest silną kobietą, a my pomożemy jej przez to przejść, rozumiesz?... Zrobimy wszystko by mimo wszystko było dobrze Jay… - czując na ramieniu czyjś dotyk i słysząc głos Iana spojrzałem się na niego kiwając głową doskonale wiedząc, że ma rację. Anastasia na pewno szybko nie pogodzi się z nową sytuacją, a ja w szczególności muszę zrobić wszystko by jej pomóc się do niej dostosować
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz