Narracja Jaya
- Cześć Bill... Kobieta lat 28. Postrzał w kręgosłup. Straciła dużo krwi... W karetce nam się zatrzymała, ale udało nam się przywrócić pracę serca. Dostała 4 jednostki adrenaliny... Tu masz wszystko napisane... - nie powiem gdy tylko przekroczyliśmy próg szpitala i zobaczyłem czekających na nas lekarzy poczułem nieco ulgi, że jesteśmy na miejscu i, że blondynka otrzymała bardziej fachową pomoc niż dotąd. No i nie przeczę, że widok mamy i siostry, która tak jak mama była ubrana w uniform pielęgniarski ucieszył mnie
- Dzięki. Dobra jedziemy z nią na blok... Sofia od razu krew na krzyżówkę na cito i potem zarezerwuj odpowiednią krew... Maite przygotuj teraz krew 0 tyle ile mamy, a potem podzwoń gdzie trzeba by zdobyć kolejne jednostki tej krwi... Jasmin idziesz z nami... - starając się nie przeszkadzać lekarzom nieco odsunąłem się, ale gdy mieli już jechać z Anną z przyspieszeniem świata wręcz odruchowo jeszcze raz chwyciłem blondynkę za rękę lekko ją ściskając
- Błagam uratujecie ją... Ona uratowała mi życie... Anna walcz... Proszę... - powiedziałem patrząc się za oddalającymi noszami czując jak moje serce boleśnie zaczęło szybciej bić
- Jay... Synku... Nic ci nie jest?... - słysząc głos mamy i czując jej dłoń na ramieniu odwróciłem się i natychmiast wtuliłem się w nią nie mogąc powstrzymać łez
- Boże mamo... Nic mi nie jest, bo... ona mnie uratowała... Oni zabili Franza... Boże tak bardzo się bałem... - szepnąłem, na co rodzicielka mocniej mnie przytulając zaczęła gładzić po plecach
- Już dobrze kochanie... doktor Heinz i doktor Meihr zrobię wszystko by ją uratować... Przykro mi Jay, że to musiało spotkać ciebie i twoich przyjaciół... zaraz dam ci coś na uspokojenie i jaką koszulkę... - słysząc ostatnie słowa mamy nieco odsunąłem się od niej kręcąc głową
- Mamo naprawdę nic mi nie jest... nie potrzebuje żadnych proszków... Ale będę wdzięczny za koszulkę i… zaprowadź mnie pod sale operacyjną... proszę... - rodzicielka blado się uśmiechając skinęła głową, po czym oboje poszliśmy pod właściwe drzwi, gdzie gdy tylko usiadłem pod drzwiami prowadzącymi na blok spojrzałem się na drzwi mając nadzieję, że naprawdę ci lekarze zrobią wszystko by uratować Anastasię
- Z tego co wiem to tata z Kamranem już tu jadą... Gdybyś chciał lub ktoś z twoich przyjaciół to będą dla was dostępni psychologowie i inni lekarze gdyby była taka potrzeba Jay... - powiedziała po krótkiej chwili mama, na co pokiwałem głową, a następnie sięgnąłem po telefon zaczynając po chwili przeszukiwać informacje o ataku chcąc się dowiedzieć jak przebiegło odbicie tego miejsca i czy są jacyś ewentualnie rami, ale jak na złość nie było żadnych konkretnych informacji, tylko jakieś strzępki z relacji różnych stacji telewizyjnych
- Jay/Tariq - słysząc znajome głosy spojrzałem się w tamtym kierunku i widzą ojca, brata oraz Marka z Veronicą odruchowo wstałem, gdzie od razu wtuliłem się w przytulającego mnie ojca, przez co poczułem jak do moich oczu napływają kolejne łzy
- Jay gdzie Anastasia? Podobno jest ranna... - słysząc słowa Marka spojrzałem się na niego kiwając głową
- Anastasia jest operowana... To... moja wina, że ona została rana... - spadające po moich policzkach łzy skutecznie uniemożliwiły mi mówienie
- Co... Ale jak?... - starając się hamować łzy wziąłem głęboki oddech
- Gdy minęła godzina, a... nie zostały spełnione ich warunki to... oni postanowili spełnić swoje groźby i... zaczęli wybierać ludzi... i gdy wybrali Iana to nie wytrzymałem i... powiedziałem, że dołączę do tej grupy, więc niech więcej nikogo już nie biorą... Potem oni zrobili jakąś cholerną wyliczankę i... gdy padło na Iana to postanowiłem oddać się za niego... odszedłem na bok i gdy tamten chciał już podciąć mi gardło to Anna namówiła go by zmienił narzędzie, które miało zadać mi śmierć... Wtedy myślałem, że ona po prostu chce bym... szybko i bez bólu umarł, ale... jak się okazało... Anastasia w odpowiednim momencie osłoniła mnie swoim ciałem zostając tym samym rana... Mark naprawdę jest mi przykro... nie chciałam by do tego doszło... - samemu z trudem powstrzymując spływające po policzkach łzy patrzyłem się na Marka, który ze łzami w oczach pokręcił głową z niedowierzaniem
- To nie twoja wina synu... Tylko tych kretynów uważających, że najlepiej osiąga się coś poprzez sianie terroru... - powiedział mój tata, a ja niepewnie skinąłem głową
- Twój tata ma rację Jay... Ona... zrobiła coś najbardziej oczywistego, czyli... uratowała życie osobie, która kocha całym sercem... Jest bohaterką i... Wierzę, że z tego wyjdzie... Po prostu musi być dobrze... - powiedział Mark przytulając się do swojej żony
- Słuchajcie, ja muszę niestety wracać do pracy... Pewnie już zaczęli przywozić ewentualne ranne osoby... Gdybyście czegoś potrzebowali to dajcie mi znać... Aha, posłuchaj Jay tu masz koszulkę i… względu na to, że sprawa już jest bardzo medialna dyrektor poprosił o ochronę policji by nie proszone osoby tu nie weszły, a ja już zapowiedziałam pielęgniarką, pielęgniarzom co ich czeka gdyby skusili się zrobić wam jakieś zdjęcia bez waszej zgodny i sprzedać je komukolwiek - mama nic nie dodając uśmiechnęła się blado do nas, po czym poszła w swoim kierunku, a ja nie mogąc powstrzymać lekko unoszących się kącików ust szybko założyłem koszulkę, o czym z powrotem usiadłem na krześle zakrywając twarz rękami.
- Ona jest wojowniczką Jay... Walczy i musimy wierzyć, że łatwo się nie da... Moja córeczka musi przeżyć... - słysząc słowa Marka zerknąłem na niego maja nadzieję, że tak będzie, że Ann będzie walczyć i tą bitwę wygra
- Jay/Co z Amm?/Żyje? - momentalnie gdy usłyszałem znajome głosy wstałem zerkając na podbiegających przyjaciół, gdzie od razu moje serce zaczęło szybciej bić na widok tego, że jest ich mało i brakuje kilku osób
- Jest operowana i czekamy... Powiedźcie gdzie jest reszta? - powiedziałem natychmiast starając się nie wpadać w niepotrzebną panikę
- Spokojnie Jay... Ian postanowił zostać tam by upewnić się, że wszystkie ofiary tych dupków zostaną odnalezione i zidentyfikowane, bo niestety zakładamy, że wszyscy ochroniarze nie żyją. Elena nie chciała bez niego jechać, więc została tam razem z Rogiem… Daniel gdy zobaczył Caroline to poleciał do niej i teraz jest z nią... No a Izzy został lekko draśnięty i teraz jest opatrywany i jest z nim Mel, ale spokojnie bo to naprawdę nic złego... - nie powiem słysząc ostatnie zdanie Richiego moje serce znów przyspieszyło, ale jednak ostatnie słowa blondyna sprawiły, że pokiwałem głową wierząc, że to naprawdę nic złego i, że ten koszmar powoli zmierza ku końcu
- Słuchajcie z tego co wiem to wszyscy lekarze, w tym psychologowie są do naszej dyspozycji, więc gdyby któryś z was potrzebował to nie wahajcie się z tej skorzystać... - powiedziałem patrząc się na przyjaciół, którzy pokiwali głowami
- Obawiam się, że wszystkim nam po tym wszystkim przydałaby się terapia grupowa... Cholera co ci ludzie mają w głowach... Przepraszam, że to mówię, ale... ja po prostu nie rozumiem jak można terroryzować, zabijać w imieniu wiary... To jakiś obłęd... - powiedział Matteo, na co ciężko westchnąłem zdając sobie sprawę, że mówi prawdę
- A mają tych ludzi czy zabili ich podczas akcji?... W ogóle to dzięki Chris za informację o ataku, bo gdyby nie ty, to nie wiadomo jakby to wszystko wyglądało - powiedziałem patrząc się na przyjaciela, który blado się uśmiechając kiwnął głową
- Uwierz mi, że było ciężko, bo ci policjanci w ogóle mieli nas gdzieś i tylko cudem jakoś udało nam się wywalczyć to, że podali nam kiedy konkretnie chcą tam wejść rozpoczynając szturm byśmy mogli was powiadomić... Szkoda tylko, że nie mogło do tego dojść wcześniej... - powiedział Watrin, na co sam kiwnąłem głową domyślając się jak to musiało wyglądać
- A co do tych osób to z tego co wiem to kilkoro zabili, ale udało im się też kilku schwytać, więc nie wywinął się tak łatwo... Przynajmniej tyle... - nic nie mówiąc usiadłem na swoje miejsce sam nie wiedząc czy powinienem się cieszyć z tego czy nie
***
- Cześć... Już jestem... Wiadomo już co z Aną? - słysząc głos Iana od razu spoglądając się w tamtym kierunku wstałem robiąc w jego kierunku kilka kroków
- Niestety nadal operują, ale to chyba dobrze... No co? Przecież to tylko oznacza, że lekarze nadal ratują jej życie, a ona walczy, a to dobrze, nie? - no dobra przyznaję, że słowa Izzyego sprawiły, że nieco uśmiechnąłem się, bo jakby nie patrzeć on ma rację. Nie wiem która już godzina minęła, ale skoro do tej pory nie wyszedł do nas lekarz, a jedynie widzimy pielęgniarki, które biegają po krew to oznacza, że jest jeszcze nadzieja, że przynajmniej to skończy się dobrze
- Jak źle wygląda całą sytuacja? Gdzie jest Elena i Daniel? W ogóle to miałeś chwilę by porozmawiać z Caroline? - pytania same mi się wyrwały, a Ian spoglądając na mnie kiwnął głową
- Sytuacją jest taka, że wszyscy strażnicy niestety nie żyją... Kilkanaście osób zostało lekko rannych w wyniku tego napadu jak i przy akcji policji... Policji udało się zatrzymać kilku tych napastników, więc teraz będzie czekał ich proces, a nas cała niezbyt miła procedura przesłuchań i zeznań w sądzie... Jeśli chodzi o Caroline to rozmawiałem z nią i to najgorsze co przeżyłem... Ona wbiegła do hali i gdy zobaczyła Franza to na początku płacząc zaczęła okładać go pięściami błagając go by obudził się, że go kocha, a potem zaczynając bardziej płakać tuliła go do siebie mówiąc jak bardzo go kocha, że nie zdążyła mu powiedzieć, że zostanie ponownie ojcem... Ta. Cholerne zrządzenie losu... To jakiś pieprzony żart losu... Teraz jest z Eleną na oddziale patologii ciąży, bo uznałem, że po tych przeżyciach najlepiej będzie jak obie spędza noc pod fachową opieką, a Daniel z Robertem czuwają nad nimi... - odpowiedział szybko Ian i kiwając głową już chciałem coś powiedzieć, ale słysząc dźwięk otwieranych drzwi szybko się odwróciłem i widząc wychodzących dwóch starszych mężczyzn i Yasmin poczułem jak moje serce zaczęło szybciej bić
- Doktor Klein?/Co z moją córką?/Co z Anastasią? - niemalże natychmiast w stronę trójki osób w kitlach padły pytania, gdzie jeden z mężczyzn dostrzegając na Chrisa lekko uśmiechnął się
- Chris? Gdyby nie okoliczności to powiedziałbym, że miło ciebie znów widzieć, ale domyślam się, że znasz pacjentkę i mamy do czynienia z rodziną i przyjaciółmi, tak?... Proszę nas teraz posłuchać uważnie... Najważniejsze jest to, że Anastasia żyje i przeżyła operację, ale jej stan jest naprawdę bardzo poważny... Pacjentka straciła dużo krwi i uraz kręgosłupa okazał się poważniejszy niż początkowo zakładaliśmy, tzn. łagodniej mówiąc kula drasnęła rdzeń kręgowy i dopiero gdy pacjentka się wybudzi będziemy w stanie przeprowadzić szczegółowe badania by określić jak duże to uszkodzenie... Tak naprawdę najważniejsze będzie najbliższe 48 godzin... Na razie pacjentka będzie na sali intensywnej terapii i musimy być cierpliwi... Ale jak już powiedziałem najważniejsze, że na ten moment Anastasia żyje i jak widać walczy... Jak się domyślam chcielibyście zobaczyć ją, więc pozwolimy na to, ale niech będą to naprawdę krótkie wizyty i najpierw niech wejdzie najbliższa rodzina pacjentki, a potem Yasmin ustali między wami kto i w jakiej kolejności do niej wejdzie... Jakbyście czegoś potrzebowali lub mieli jakieś pytania to możecie zwrócić się do mnie lub do ordynatora Dasminera... - czując jak każde uderzenie serca dosłownie miażdży mają klatkę piersiową patrzyłem się na swoją siostrę, która jak zauważyłem ze szklanym wzrokiem pokiwała głową unikając przy tym mojego wzroku. Gdy Mark z Veronicą zaczęli iść za lekarzem już zrobiłem krok by iść za nimi, ale Yasmin chwyciła mnie za łokieć gestem drogiej ręki pokazując bym poczekał, a ja widząc jej wyraz twarzy, która wyrażała wręcz rozpacz poczułem jak moje serce znów zaczęło szybciej bić jakby już wiedziało, że to co usłyszę nie spodoba mi się
- Posłuchajcie... Boże... Ja widząc, że Mark jest po zawale poprosiłam lekarzy by przekazali mu nieco łagodny opis sytuacji... Chodzi o to, że stan Anastasii jest dużo poważniejszy... Podczas operacji ona traciła naprawdę dużo krwi, a jej serce kilkukrotnie zatrzymywało się i pomimo, że udało się przywrócić jego rytm za każdym razem to z dużym prawdopodobieństwem doszło do niedotlenienie mózgu przez co Anastasia raczej już nigdy się nie obudzić... A jeśli stanie się cud to może mieć jakieś objawy neurologiczne wynikające z niedotlenienie i dodatkowo przez uraz kręgosłupa będzie sparaliżowana od pasa w dół... Naprawdę jest mi przykro... Oni robili co mogli... - słowa siostry sprawiły, że niemalże natychmiast wraz napływającymi do oczu łzami poczułem jak moje serce wręcz boleśnie uderza o klatkę piersiową. Boże to nie może być prawda. Ona nie może umrzeć czy być sparaliżowana przeze mnie. Przecież ona na to nie zasługuje. Ona jedynie mnie ratowała i co? Ma za to zapłacić najwyższą cenę? Chryste nie rób tego. Błagam cię Boże
- JAY DO CHOLERY... Dobrze... Patrz się na mnie i powoli a zarazem głęboko oddychaj... Właśnie tak... - mocne uderzenie w policzek sprawiło, że skutecznie powróciłem na ziemię i patrząc się na kucającego przy mnie Richiego wziąłem głęboki oddech czując cholernie palący ból w klatce piersiowej. Cholera znów miałem ten atak
- Nie wstawaj jeszcze Jay... Pooddychaj głęboko... Zaraz przebada cię lekarz i będzie lepiej - spoglądając na mówiącą siostrę pokręciłem głową
- Nic mi nie będzie Yas i nie potrzebuję żadnego lekarza... Jeszcze z dwie minuty tu posiedzę i pójdę do Anastasii... - szepnąłem starając się jakoś zapanować nad nadal szybką pracą mojego serca
- Jay do cholery chyba sobie żartujesz... Ja wiem, że sytuacja jest ekstremalnie tragiczna, ale... to tobie grozi rozrusznik serca przed 40... Anastasia nie chciałaby abyś zmarnował to co ona ci ofiarowała, no... Jay błagam cię ja nie przeżyje jeśli tobie coś się stanie... Musi zobaczyć cię lekarz... Proszę... Błagam... - szepnęła moja siostra, a ja ciężko westchnąłem opierając głowę o ścianę
- Brat nie wygłupiaj się... Dobrze, że ojciec poszedł do łazienki i nie widzi tego, bo jeszcze on dostałby zawału widząc twoją zapaść... Naprawdę choć raz bez dyskusji posłuchaj Yasmin i niech zobaczy cię jakiś kardiolog, no... - od razu spojrzałem się na mówiącego Kamrana, który przerażony patrzył się na mnie
- Oj przestańcie się z nim cackach... Jay albo idziesz po dobroci, albo my cię tam zaniesiemy i wcale nie żartuje stary... Straciliśmy już Franka, Ana walczy o życie, choć z tego co czytam między wierszami jest już praktycznie po drugiej stronie i do cholery nie możemy stracić i ciebie Jay... - słysząc słowa Iana spojrzałem się na niego i kiwając głową pozwoli wstałem
- Tylko proszę daj mi znać co z Aną gdyby coś się zmieniło - przyjaciel słysząc moją prośbę pokiwał głową, a ja nie marnując ani sekundy powoli poszedłem za Yasmin jak nie mam do izby przyjęć
- Naprawdę nie ma żadnych szans na poprawę stanu Any? Może jakaś eksperymentalna operacja bądź zabieg? Przeszczep czy transfuzja krwi? - szepnąłem patrząc się na siostra, która posłała mi smutne spojrzenie
- Jay... Uwierz mi, że jest mi naprawdę przykro... Lekarze robili dosłownie wszystko by ją uratować... Ja wiem mniej więcej jak się czujesz, bo sama straciłam na swoich rękach osobę, którą kochałam całym swoim sercem i wiem jaki to jest rozdzierający ból, ale... może teraz powiem banał, ale jeden taki przystojny brunet powiedział mi, że zawsze bo burzy przychodzi słońce i, że choć w sercu właśnie powstała niedoposklejenia dziura to muszę żyć przynajmniej dla tej osoby, by jej było lżej... - stając spojrzałem się na swoją siostrę powstrzymując się przed prychnięciem i przewróceniem oczu gdy usłyszałem swoje słowa, które powiedziałem jej po śmierci Johna. Cholera dlaczego teraz te sława wydają mi się bezsensownym frazesem
- Ta... Facet wtedy musiał być pijany bądź niespełna rozumu gdy to mówił, bo ewidentnie nie zdawał sobie sprawy z tego co mówi... - szepnąłem na co Yasmin ciężko westchnęła, po czym przytuliła mnie
- Braciszku... Wiem, że teraz jest ci cholernie ciężko i, że wszystkie słowa są jak bezsensowne frazesy, ale... Anastasia ofiarowała ci coś najcenniejszego na ziemi i... jeśli okaże się, że ceną za uratowanie jest jej życie to nie możesz zmarnować tego daru Jay... Domyślam się, że życie z taką świadomością będzie cholernie trudne, lecz ona na pewno nie chciałaby abyś rozpaczał... Będziesz musiał znaleźć siły by dalej żyć i to nie dla nas, nie dla przyjaciół czy nie dla siebie... Tylko dla niej by jej poświęcenie nie poszło na marne... Ja wiem, że to trudne, ale naprawdę z czasem będzie lżej... - mocniej przytulając się do siostry przymknąłem oczy pozwalając przy tym napływającym do oczu łzom lecieć po policzkach. Zdaje sobie sprawę, że Yas ma rację, ale nie wiem czy po tym co się stało będę w stanie nawet spróbować dalej żyć, czy dam radę żyć ze świadomością, że Anna została sparaliżowana czy umarła ratując moje życie
- Jas mam do ciebie małą prośbę... chodzi o Richiego... bo... ty wiesz doskonale jak to jest jako pielęgniarka stracić najbliższą osobę, a dziś na jego rękach umarł przyjaciel, a przyjaciółka jak na razie walczy o życie i... po prostu boję się o niego, że to go już zaczyna niszczyć, że no wiesz, że nie dał rady im pomóc... - zacząłem mówić po chwili zerkając na siostrę, która lekko blado się uśmiechając skinęła głową
- Jasne... Pogadam z nim, ale... daj może znać Gregowi by zadzwonił do jego sponsora i terapeuty... takie wydarzenia naprawdę mogą mocno odbić się na psychice człowieka i... ważne by zwłaszcza teraz miał ich wsparcie... - słuchając słów siostry skinąłem głową mając wielką nadzieję, że to co się stało nie wpłynie za bardzo na jego psychikę i nie doprowadzi do ewentualnego powrotu do nałogu
***
- I co powiedział lekarz?/I jak? - nim doszedłem do odpowiedniej sali Ian i Kamran widząc mnie wstali zarzucając pytaniami
- Będzie żył, ale musi przyjmować lek… No co?... Idź lepiej do Anny i daj mi tą receptę, to wykupie ci go w szpitalnej apteczce i oblicze ci o której godzinie powinieneś go zażywać bez patrzenia się na zmiany czasowe… - Jasmin nic dodając szybko wzięła z mojej ręki kartkę zaczynając iść w swoją stronę, a ja kręcąc głową spojrzałem się na przyjaciół bojąc się tego co mogę od nich zaraz usłyszeć
- Jak Anastasia? I gdzie tata? - widząc gest głową Iana spojrzałem się w tamtym kierunku i widząc podłączoną do różnych maszyn nieprzytomną blondynkę poczułem ukucie w sercu, a widok siedzącego przy niej zapłakanego Marka tylko to wzmógł.
- Jak widzisz bez zmian… Wszyscy byliśmy o niej po kilkanaście minut… No prawie wszyscy u niej byli, bo zostałeś tylko ty… A tatę i Matteo zabrała mama do dyżurki pielęgniarek by przynieśli nam kawę - nie mogąc oderwać wzroku od widoku za szyby odruchowo pokiwałem głową czując jak nowe łzy napływają do moich oczu
- Szczerze? Nawet chyba nie mam prawa tam wejść… To przeze mnie ona umiera… - szepnąłem czując coraz mocniejszy ból w klatce piersiowej
- Jay... Nawet tak nie mów... Ty musisz do niej wejść... Rozumiem czemu tak się czujesz, ale... prawda jest taka, że jedyną osobą, która powinna czuć się winna temu wszystkiemu właśnie z tobą rozmawia... - szepnął Ian, a ja słysząc jego ostatnie słowa natychmiast spiorunowałem go wzrokiem
- No co? Nie wiem ale mam poczucie, że czegoś nie dopilnowałem w sprawie ochrony, że coś mogło być lepiej... A przede wszystkim wiem, że też mam swój udział w tym, że ona tutaj leży, bo przecież ty zająłeś moje miejsce, a ona uratowała ciebie... - mówił przyjaciel, na co pokręciłem głową z niedowierzaniem
- Ian... Nie mów tak... W tym co się stało nie ma twojej winy... Zrobiłeś wszystko co należy... A co do tego wydarzenia to... - zaczynając mówić nadal patrzyłem się na bruneta, który delikatnie pokręcił głową
- To możesz być pewny, że nigdy tego ci nie zapomnę... Naprawdę Jay jestem twoim dłużnikiem i pomimo, że nie wiem czy kiedykolwiek zdołam ci się odwdzięczyć to wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć... Dziękuję ci stary... No a teraz gdy zrobiło się zbyt ckliwe to idź do swojej damy serca i posiedź przy niej... No nie patrz się tak na mnie tylko wejdź do sali i wyznaj jej to co do niej czujesz, a może stanie się cud, którego tak bardzo chcemy - znów spoglądając na widok za szybą ciężko westchnąłem czując ukucie w klatce piersiowej. Naprawdę nie wie czy mam prawo tam wejść i nawet w ogóle nie wiem jak spojrzę Markowi prostu w oczy, ale jednak mimo wszystko chce tam wejść choćby na małą chwilę. Biorąc głęboki oddech powoli otworzyłem drzwi niepewnie wchodząc do środka
- Mogę wejść na chwilę? - Mark spoglądając na mnie blado uśmiechnął się kiwając głową, na co powoli podszedłem z drugiej strony łóżka i siadając na krześle odruchowo złapałem Ane za rękę
- Chodź kochanie pójdziemy po coś do picia... Jay na pewno da nam znać gdyby coś się zmieniło... - spoglądając na mówiącą Veronicę postarałem się do niej choć lekko uśmiechnąć kiwając przy tym głową będąc jej wdzięczny, że chce dać mi możliwość bycia samego z Anastasią. Starszy przyjaciel spoglądając na mnie jakby doskonale wiedział o co chodzi pokiwał głową, po czym wstał kierując się z swoją żoną do wyjścia, a ja gdy tylko usłyszałem dźwięk zamykanych drzwi ponownie spojrzałem się na blondynkę. Czując napływające do oczu kolejne łzy pokręciłem głową nie wierząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ten cholerny atak, śmierć Franza, postrzał Any. To jakieś nierealne szaleństwo, które jednak miało miejsce. Starając się wziąć głęboki wdech pokręciłem głową chcąc oczyścić umysł i skupić się na danej chwili z niebieskooką, która gdyby nie byłaby tak bardzo blada i podłączona do maszyn to wyglądałaby tak jakby po prostu słodko spała
- Hej... wiesz chce wierzyć, że mnie słyszysz, więc... chce byś wiedziała, że bardzo dziękuję ci za to, że uratowałeś moje życie... Nie wiem czy kiedykolwiek zdołam się tobie odwdzięczyć za to co dla mnie zrobiłaś... Ann... mówiłaś, że nie masz prawa prosić mnie o wybaczenie z ale... prawda jest taka, że ja nie mam czego ci wybaczyć... Doskonale rozumiem dlaczego chciałaś zemścić się na swoim ojcu i... tylko po prostu... gdy dowiedziałem się prawdy to poczułem się jakbyś naprawdę mnie zdradziła, jakby po raz kolejny ktoś zabawił się moimi uczuciami... Tak po prawdzie to przy żadnej kobiecie nie czułem się tak jak przy tobie i właśnie to chyba boli najbardziej... Ta cholerna myśl, że… być może to wszystko co było między nami było jedynie grą i zabawą... Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć i zrobić... Zdecydowanie to wszystko jest cholernie skomplikowane i... obawiam się księżniczko, że chyba tylko ty jesteś w stanie mi pomóc to wszystko ogarnąć... - czując jak coraz bardziej spadające łzy odbierają mi zdolność mówienia przykładając sobie jej rękę do swego policzka przymknąłem oczy i niemalże natychmiast przed oczami stanęły mi wspomnienia wszystkich chwil z blondynką. Próbując znów nie rozpłakać się mocniej przyciskając do policzka dłoń dziewczyny wziąłem kilka głębokich oddechów. Czując po krótkiej chwili czyjąś rękę na ramieniu otworzyłem oczy zerkając w tamtym kierunku i widząc, że to Mark znów poczułem bolesny uścisk w klatce piersiowej
- Musimy wierzyć, że będzie dobrze Jay... Musimy mieć tą nadzieję... - szepnął przyjaciel, a ja nie mogąc powstrzymać łez znów spojrzałem się na Anastasie, bojąc się, że wiara i nadzieja w tym wypadku mogą nie wystarczyć.
1 komentarz:
W końcu udało mi się nadrobić 🙈 Jejku ile tu się działo.. Ostatnie rozdziały czytałam normalnie na jednym wdechu..matko biedny Franz 😭😭😭 biedna Ann.... Mam nadzieję że ona po pierwsze to obudzi się a po drugie że nie będzie sparaliżowana.... Matko co oni musieli tam przejść 😭 i ta dziewczyna Franza rycze po prostu... Ehhh z niecierpliwością czekam na kolejny!!! Buziaki 😘😘
Prześlij komentarz