Narracja Jaya
Nie przeczę. Był kiedyś czas gdy myślałem o tym by popełnić samobójstwo i umrzeć, ale te myśli zniknęły pod wpływem terapii i wsparcia rodziny. A dziś sam oddaje się w ręce kata za przyjaciela, a raczej za brata z innej matki. Chryste nigdy w życiu przez myśl nie przyszło mi to, że będę zakładnikiem muzułmańskich terrorystów, że będę opłakiwał zabitą przez nich najbliższą osobę i, że sam stane się ich ofiarą. Nie chce umierać, ale poniesie śmierci za najbliższą osobę jest chyba mimo wszystko najlepszą śmiercią jaką mogę sobie wybrać
- I co?... Nadal jesteś taki odważny?... - czując na szyi zimny metal jak nie mam od noża odruchowo wyciągnąłem jeszcze bardziej szyję nie chcąc dać mu satysfakcji, z moich obaw. Starając się ze wszystkich sił zachować opanowanie myślami wróciłem do swoich najlepszych chwil w życiu odtwarzając jeszcze raz pierwszą zapamiętaną imprezę urodzinową, pierwszy zagrany utwór na gitarze, pierwszą wizytę w studiu nagraniowym, pierwszy występ z chłopakami czy pierwszy występ na koncercie Iana. Czując napływające do oczu łzy ścisnąłem ręce w pięści nie pozwalając ani jednej kropli słonej cieczy wypłynąć.
- Poczekaj... Wiem,że dla was Jay, Tariq jest niewierny, hańbiony, ale... on oddaje się w wasze ręce za przyjaciela... a raczej za osobę, która jest dla niego jak brat... i... zasługuje na lepszą śmierć niż uderzenie się własną krwią walcząc o oddech... Błagam... On teraz naprawdę pokazuje swoją odwagę i siłę miłości do swojego brata... Proszę... - nie powiem aksamitny głos Anastasii rozkruszył kawałki mego złamanego serca na jeszcze mniejsze. Nie wiem po co to powiedziała, ale przyznaję, że nie tyle co gdzieś w głęboko w duszy chciałem ten ostatni raz usłyszeć jej głos co spojrzeć się w głęboko w jej błękitne tęczówki czy pocałować ją, ale na to po prostu nie mam cywilnej odwagi bo gdybym spojrzał na nią lub na kogoś z przyjaciół zapewne rozpadłbym się a tego nie chciałem by nie dać satysfakcji tym ludziom. Biorąc głęboki oddech przywołałem obraz swojej rodziny i przyjaciół chcąc właśnie ich mieć przed oczami zanim wydam z siebie ostatni oddech. Słysząc dźwięk odbezpieczenia pistoletu wstrzymałem oddech czując jak moje serce przyspiesza i niemalże natychmiast wraz usłyszeniem dźwięku wystrzału poczułem nie ból, ale jak ktoś jakby wpadając na mnie popycha mnie do przodu. Otwierając oczy spojrzałem się w tył i widząc Anastasie zamarłem nie wiedząc co się właśnie stało, ale dostrzegając na bluzce blondynki coraz większą czerwoną plamę pokręciłem głową nie wierząc, że przyjęła za mnie pocisk
- Ann... - krzyki przyjaciół skutecznie natychmiast sprowadziły mnie na ziemię przez co kręcąc głową złapałem upadającą blondynkę układając ją delikatnie na brzuchu nadal nie wierząc w to co zrobiła
- Cholera by ją wzięła... Anna słyszysz mnie?... Otwórz oczy... Właśnie tak kochana... Posłuchaj mnie, postaraj się nie ruszać dobrze?... Każdy twój ruch może ci zaszkodzić, rozumiesz? - gdy obok nas pojawił się Richie ten od razu podwinął bluzkę dziewczyny starając się przyjrzeć się ranie, z której leciało coraz więcej krwi przez co odruchowo ściągnąłem z siebie t-shirt podając go blondynowi by ten tym zatamował rane. Widząc, że Ann powoli otwiera oczy poczułem ulgę, która od razu zniknęła gdy zobaczyłem, że obok nas pojawił się przywódca tej bandy
- Daj już spokój... Osiągnąłeś co chciałeś, wiesz?... Chciałeś widowiska to je dostałeś... Ona zrobiła to z miłości do tego mężczyzny... Jest poważnie rana i może usatysfakcjonuje cię wiadomość, że kula utknęła w kręgosłupie co sprawia, że być może jeśli przeżyje będzie sparaliżowana... Dla niej to będzie koniec życia... Proszę cię... - odezwał się Richie, a ja błagalnie patrzyłem się na tego bandytę modląc się w duchu by znów uległ i odpuścił
- Postrzeliłeś ją... więc raczej osoby na zewnątrz słyszały strzał i zapewne zobaczą filmik, który nagrywaliście, więc pomyślą, że ona nie żyje... Franz naprawdę nie żyje i nikt prócz nas o tym nie wie, więc niech jego śmierć będzie tą której chcieliście teraz dokonać... Proszę was... Miejcie serce... - usłyszałem za sobą głos Iana, ale nie odwróciłem się do niego nadal patrząc się na przywódcę islamistów, który z kamienną twarzą patrzył się na nas
- Błagam... Ona uratowała mi życie... i... ona nie powinna umierać za mnie... - szepnąłem mając nadzieję, że jednak okażą łaskę i nie zabiją ją
- Omer odpuść już im... widzisz już dzwonią... - rzucił drugi z tej bandy, ale jego przemowę przetrwał dźwięk telefonu Iana, który od razu podał im aparat
- Macie to co chcemy?... To ja pierwszy zadałem pytanie... Posłuchaj mnie macie 30 minut by zrobić to o co was proszę bo w przeciwnym razie chłoptaś tej dziewczyny dołączył do niej... Czekam na telefon... - czując nieco ulgi spojrzałem się na blondyna, który wypuszczając powietrze ścisnął rękę blondynki
- Lepiej módl się do tego swego Boga, bo jeśli za 30 minut nie dostanę informacji o spełnieniu zadań to umrzesz razem z nią i tym razem nic was nie uratuje - odruchowo kiwając głową ponownie spojrzałem się na Anastasię, która patrzyła się na mnie
- Coś ty zrobiła, co?... An dziękuję ci, ale... - zaczynając mówić odruchowo przyłożyłem palec wskazujący do policzka blondynki ocierając go z spadających łez
- Ale musiałam to zrobić Jay... Ty nie możesz umrzeć... - szeprzęła Ana, a ja nie mogąc powstrzymać spadających łez pokręciłem głową nie wiedząc co mam jej powiedzieć czy zrobić
- Dobra słuchajcie... Nie wiem czy to coś da, ale może dziękitemu zyskamy trochę czasu zanim Ana się wykrwawi... Potrzebuje kilku waszych koszulek i pasków od spodni... Ana postaraj się niezasypiać, dobrze? - Richie znów będąc w swoim pielęgniarskim żywiole przyglądał się ranie blondynki, a jego mina i kręcenie głową nie napawało mnie optymizmem
- Jak bardzo jest ile? - spytałem się szeptem patrząc się jak przyjaciel bierze od naszych przyjaciół rzeczy, o które poprosił
- Nie jest za dobrze... Traci dużo krwi i nie ma rany wylotowej przez co jestem skłonny założyć się, że pocisk jest w kręgosłupie lub jakimś narzędzie wewnętrznym... Tak czy siak ona musi jak najszybciej znaleźć się w szpitalu... Teraz będę potrzebował twojej pomocy, więc proszę cię Jay skup się, ok?... Teraz bardzo delikatnie i powoli unieść ją bym mógł przełożyć pod nią te połączone paski, dobrze?... - Biorąc szybko głęboki oddech pokiwałem głową, po czym zgodnie z prośbą delikatnie i powoli uniosłem dziewczynę a Richie sprawnym ruchem przełożył pasek, a gdy ponownie ułożyłem na ziemi niebieskooką ten zapiął połączone paski, które miały trzymać ułożone na ranie koszulki, które teraz pełniły funkcję opatrunków
- Nie wiem na ile to spowolni upływ krwi, ale... miejmy nadzieję, że do czasu przyjścia pomocy to zadziała, bo... chyba nam pomogą i tu wejdą, co? - słysząc słowa blondyna czując ukucie w sercu zetknąłem na zapłakanego Iana, który biorąc Ann za rękę pogłaskał ją po głowie
- Mam taką nadzieję i, że to nastąpi jak najszybciej, bo... obawiam się, że ich cierpliwość też ma swoje granice... - szepnął Ian, na co kiwając głową nachyliłem się by spojrzeć się w prosto w oczy blondynce
- Ej... Wiem, że cię boli, ale... postaraj się wytrzymać, dobrze?... Jestem przekonany, że pomoc jest już w drodze i będzie dobrze... - szepnąłem sam nie wiedząc jakich słów użyć, bo jednak za cholere nie wiem czy będzie dobrze czy przypadkiem nie zginiemy tu
- Wiesz nawet mnie już nie boli... tylko czuje się senna... Jay... ja naprawdę przepraszam cię za to co zrobiłam, bo... nie chciałam cię zranić, a zakochałam się w tobie... - słowa dziewczyn sprawiły, że pomimo lecących po policzkach łez kąciki moich ust nieco uniosły się
- Ana to nie jest miejsce ani czas na tego typu rozmowy, wiesz?... Wrócimy do tego jak tylko stąd wyjdziemy i dostaniesz odpowiednią pomoc - powiedziałem patrząc się na dziewczynę, która nieznacznie pokręciła głową
- Możesz powiedzieć menu tacie, że bardzo go kocham i przepraszam go za wszystko? - szepnęła cicho blondynka, a ja odruchowo niepewnie skinąłem głową nie mogąc uwierzyć, że naprawdę to wszystko się dzieję
- Wiesz... pamiętam, że mam u ciebie jeszcze dwa życzenia i... - słysząc słowa niebieskookiej delikatnie zakładając za ucho spadający kosmyk jej blond włosów postarałem się choć lekko uśmiechnąć do niej
- Niech zgadnę Sillo... Pewnie chcesz bym cię pocałował... - rzuciłem od tak chcąc jakoś rozładować dość napiętą atmosferę
- No może to... jest gdzieś na mojej liście... ale... mam inne prośby... Jay proszę nie obwiniaj się o moją śmierć... To była moja decyzja i nie żałuję jej... Obiecaj mi to proszę... I czy możesz wziąć mnie za rękę... - szepnąła Anastasia, a ja miałem ochotę mentalnie przywalić sobie kopa. To ja tu rzucam jakiś frazes by choć na chwilę odwrócić jej uwagę, a ona za to rzuca coś tak prostego i przy okazji nie możliwego do zrobienia, bo raczej nigdy nie przestanę się obwiniać o to, że to mnie zasłoniła swoim ciałem
- Ana może i mogę ci to obiecać, ale ty najpierw obiecaj mi, że będziesz walczyć, że spróbujesz że wszystkich swoich sił nie umrzeć... Proszę cię książeczko... A co do twojej drugiej prośby to przysięgam ci, że będę trzymał cię za rękę dopóki nie oddam cię w ręce lekarzy - nie dodając nic więcej i nie mogąc powstrzymać łez chwyciłem za rękę blondynki lekko ją ściskając by czuła, że jestem obok niej. Niebieskooka słysząc moje słowa lekko uśmiechnęła się do mnie, choć jej oczy lśniły od łez
- Ej nie płacz proszę... Ja wiem, że sytuacja jest trudna i na pewno cię boli, ale... Do prostu nie możemy się poddać... - szepnąłem po chwili i nie dodając nic więcej ostrożnie przy senąłem się bardziej do niej, poczym pocałowałem ją w głowę i wdychając jej zapach z trudem powstrzymałem kolejne łzy. Kurde mać dlaczego to wszystko musi naprawdę się dziać? Czemu to musiało nas spotkać?
***
- Jest źle? - spytałem się Richiego, który sprawdzał prowizodyczny opatrunek Ann. Blondyn słysząc moje pytanie smutno skinął głową
- Ona traci coraz więcej krwi... przez co... jest na skraju utraty przytomności... Anastasia powinna jak najszybciej znaleźć się w szpitalu... nie mogę za wiele jej pomóc, bo ona potrzebuje fachowej pomocy neurochirurga... a niestety czasu mamy coraz mniej - szepnął blondyn, na co ściskając trzymaną rękę blondynki pokręciłem głową nie wierząc w to co się stało. Chryste i co mam zrobić, skoro nie mogę pozwolić by ona umarła za mnie
- Silla... Mój aniele... walcz... słyszysz?... Musisz walczyć... wszyscy potrzebujemy ciebie... proszę cię... - ponownie całując blondynkę w głowę szepnąłem jej wprost do ucha. Mająca nieco przymknięte powieki Anastasia słysząc moje słowa lekko uśmiechnąła się i zamknęła oczy, z których poleciało kilka łez
- Richie - blondyn widząc co się dzieje nachylając się przyłożył rękę do jej szyi, a następnie chwycił jej nadgarstek i po krótkiej chwili skinąłem głową
- Żyje, tylko straciła przytomność... jej puls jest już ledwo wyczuwalny... Cholera ona musi natychmiast znaleźć się w szpitalu jeśli ma mieć jakieś szansę przeżycia... - rzucił blondyn, a ja czując kolejne łzy napływające do oczu pokręciłem głową mając ochotę krzyczeć i dosłownie zabić tych zbirów. Odruchowo spojrzałem się na klękającego obok nas Iana, który także pokręcił głową z niedowierzaniem. Richie po krótkiej chwili znów złapał za nadgarstek blondynki tylko tym razem ewidentnie dyskretnie czytał coś na zegarku kobiety
- Kocham naszych chłopaków... Chris, Greg, Dom i Robert walczą o nas z policją... Dokładnie za 5minut wpadnie tu oddział i zakończą ten koszmar... - szepnął Richie, a ja mimowolnie lekko uśmiechnąłem się czują ulgę, że za chwilę to się skończy, ale prawda jest taka, że przecież to oznacza także to, że rozpętatu się jatka, która może skończyć się tragedią
- Cholera wreszcie coś zrobią, ale... kurde jak tu wpadną to jak rozruszone byki, a to w połączeniu z paniką ludzi, którą wpadną gdy ci tu wejdą jest wręcz zabójcze... - rzucił Ian dla niepoznaki całując wtedy w głowę blondynkę
- Skoro mamy podaną konkretną godzinę to na pewno ostrzeżemy ludzi by leżeli na podłodze i nie ruszali się... Mnie coś innego martwi... - cicho odpowiedział Matteo wzrokiem wskazując na przywódcę tej bandy, a ja odruchowo skinąłem głową domyślając się, że chodzi mu o to co ma na sobie a mianowicie ładunki wybuchowe
- Niestety jest też jeszcze jedna kwestia, a mianowicie Anna jest nieprzytomna co za tym idzie, ona nie może czekać na fachowca pomoc... Ona musi natychmiast znaleźć się w szpitalu... - szepnął Cameron, a ja ciężko westchnąłem kiwając głową
- Nie wiem czemu, ale... czuję, że szykujecie dywersję, więc bierzcie nas pod uwagę... No oprócz Daniela, który ma już za zadanie pilnować dziewczyn... - nie stąd nie zowąd pojawił się Izzy, który poklepał mnie po plecach
- No dobra... To jeśli chodzi o sprawę tego typka to ktoś z nas po prostu będzie musiał się nim zająć bądź jakimś sposobem pozbawić go tego urządzenia, które trzyma w ręce... - zaczął mówić Ian, na co niepewnie pokiwałem głową
- Ja się nim zajmę... No co?... Pokaże temu dupkowi, że z kobietami, a już zwłaszcza Francuskami się nie zadzierać... Dam radę naprawdę... Jak tylko dacie sygnał to postaram się wyrwać mu te urządzenie - gdy tylko obok mnie pojawiła się Julie spojrzałem się na nią szokowany sam nie wiedząc czy to dobry pomysł.
- No dobrze, ale w razie czego będę i jeszcze ktoś z nas stał niedaleko by ci pomóc gdyby była taka potrzeba... No proszę Cayce się zglasza, więc tą kwestię mamy ustalonaą... A co do Ann to Jay chyba jako jedyny z nas biegasz najszybciej, więc jak damy sygnał ty weźmiesz ją i pobiegniesz w stronę z której będą szli policjanci by stąd wyjść i pojechać z nią do szpitala... - słysząc słowa Iana spojrzałem się na niego sam nie wiedząc czy to rzeczywiście dobry pomysł
- Jay Ian ma rację... To musisz być ty... Ona przynajmniej musi mieć szansę by przeżyć i... tylko ty możesz jej to dać... - Szepnął Matteo, a ja nie mogąc powstrzymać łez, niepewnie skinąłem głową
- Posłuchaj Jay... W razie czego dziękuję ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś... I proszę cię powiedz Gregowi, że kocham go... A i proszę oddaj to Caroline... No a teraz przestań już się mazgaić tylko weź kilka oddechów i skup się, dobrze?... Ja postaram się przynajmniej w jakimś stopniu zabezpieczyć jej szyję... - nie powie słowa również ledwo powstrzymującego łzy blondyna sprawiły, że w moich oczach pojawiło się więcej łez. Kurde przecież to jest jakieś absudalne i nierealne. Kiedy Cameron wsadził mi do ręki obrączkę Franza skinąłem głową, po czym schowałem ją do kieszeni i lekko uśmiechnąłem się słysząc jego dalsze słowa, gdzie blondyn również rzucając mi lekki uśmiech zaczął owijać swoją koszulkę wokół szyi nieprzytomnej Anastasii
- Gdyby coś to... to wiesz co masz powiedzieć naszym rodziną, co?... - spoglądając się na mówiącego Rogera skinąłem głową mając wielką nadzieję, że nie będę musiał nic nikomu nic przekazywać
- Dobra... Mamy jeszcze z 2 minuty... Boże dopomóż nam, bo w przeciwnym razie będzie tu naprawdę niezła jatka... - szepnął po krótkiej chwili Richie, a ja ciężko westchnąłem mając nadzieję, że jednak ten scenariusz się nie sprawdzi
- Jay... Dziękuję ci za to co chciałeś zrobić... Wiedz, że jak tylko z stąd w miarę cało wyjdziemy to będę twoim dłużnikiem... I tak wogole to mam prośbę, tzn.... proszę gdyby coś mi się stało to zaopiekuj się Eleną... - słysząc ciche słowa Iana spojrzałem się na niego i starając się choć nieco pocieszająco uśmiechnąć się skinąłem głową
- Nie masz za co mi dziękować... Zrobiłem to co uważałem za słuszne... po prostu chciałem ratować swojego przyjaciela, którego traktuje jak brata stary... A co do twojej prośby to na pewno ciebie jej nie zastąpię, ale możesz być pewny, że ona nie zostanie sama gdyby coś... - mówiąc nie odwróciłem wzroku od przyjaciela, który lekko uśmiechając się do mnie skinął głową, po czym nachylił się nas Anastasią i coś zaczął do niej mówić
- Julie jeśli nadal chcesz iść zająć tego dupka to właśnie przyszedł na to czas... Masz minutę i na jakieś 5 sekund przed wejściem smoka krzyknę by wszyscy położyli się na ziemię i nie ruszali się, dobrze? - odruchowo spojrzałem się na przyjaciółkę, która kiwając głową wzięła głęboki oddech, po czym wstała i powoli podeszła do przywódcy tej bandy. Czując jak moje serce znów zaczyna szybciej bić patrzyłem się na to mając nadzieję, że blondynce nic nie będzie i nie będzie jej potrzebna pomoc Caycego, który jako jej asekuracja powoli wstawał uważnie przyglądając się Julie i temu typkowi
- Boże miej nas w swojej opiece i spraw by wszystko zakończyło się dobrze... - szepnął po krótkiej chwili Richie na co z skinąłem głowa mając nadzieje, że jego modlitwa zostanie wysłuchana jednocześnie nieco się nachyliłem nad nieprzytomną Anastasią
- La mia principessa guerriera (moja wojownicza księżniczko)... Proszę cię w wytrzymaj jeszcze chwilę... walcz kochana... proszę... - szepnąłem wprost do ucha blondynki, po czym mocniej ściskajcze jej rękę pocałowałem ją w głowę. Kątem oka zerknęłem na Richiego, który pocieszająco lekko uśmiechnął się kiwając przy tym głową, a następnie powoli wstał zerkając na lana, który biorąc oddech również wstał
- WSZYSCY NA ZIEMIĘ I NIE RUSZAJCIE SIĘ - słysząc głośny krzyk dwóch przyjaciół wziąłem głęboki oddech i niemal natychmiast usłyszałem gdzieś z tyłu huk, przez co odruchowo zasłoniłem swoim ciałem Anastasię i po chwili latem oka dostrzegając jak Ian macha do mnie ręką bym biegł skinąłem głową, po czym starając się ignorować krzyki i odgłosy strzelania ostrożnie wziąłem na ręce Anę, po czym wstałem zaczynając biec w kierunku pokazanym przez Iana
- NIE... Niosę ranną... Ona musi natychmiast znaleźć się w szpitalu... - Widząc celującego prosto w mają stronę policjanta poczułem jak moje serce boleśnie zatrzymuje się. Mężczyzna uważnie przyglądał mi się, ale po krótkiej sekundzie opuścił broń
- Za mną... Karetki są tam... - kiwając głową pobiegłem za policjantem czując ulgę, że nie tylko mi uwierzył, ale i zapewnia eskortę. Gdy wyszliśmy z budynku na świeże powietrze odruchowo wziąłem głęboki oddech, po czym jeszcze bardziej przyspieszajcze ruchu pobiegłem w wskazaną stronę
- Potrzebuje pomocy... Ona najprawdopodobniej dostała o kręgosłup... Nie ma rany wylotowej... Straciła już wiele krwi i jest nieprzytomna... - nie tracąc czasu pobiegłem do pierznej stojącej karetki przy której stali ratownicy, gdzie jeden szybko pobiegł do wejścia kierowcy, drugi otworzył szerokie drzwi, a ratowniczka podbiegła do mnie i łapiąc z drugiej strony Anastasię wspólnie podeszliśmy do wejścia karetki. gdzie powoli weszliśmy do środka kładąc ją na noszach.
- Florian podłączamy monitory, zrób wkócie... Pan ją tak opatrzył? - czujac jak moje serce bije coraz mocniej odsunąłem się nieco patrząc się jak ratownicy zajmują się blondynką
- Nie ja... tylko nasz wspólny przyjaciel pielęgniarz - odpowiedziałem, na co ratowniczka lekko uśmiechnęła się kiwając głową
- No proszę... Medyczny McGaywer... Prawdopodobnie tylko dzięki temu jeszcze żyje... Aczkolwiek za dobrze też nie jest... Jan jedziesz ile fabryka dała na pełnej petardzie... A pan tu usiądzie... Czy wie pan może jaką ona ma grupę krwi? - iadając na wskazanym miejscu podkręciłem głową
- Nie wiem... Do którego szpitala jedziemy? - rzuciłem patrząc się na ratowniczkę, która kiwnęła głową
- Jedziemy do Martina Luthera... S69 do bazy... Mamy pacjentkę z tego ataku. Jest rana w kręgosłup i straciła dużo krwi... Posłuchaj daj znać do szpitala potrzebny będzie natychmiastowy komitet powitalny prosto na salę operacyjną i by na ten moment zabezpieczyli krew O, bo muszą zrobić krzyżówkę... Jasne, dzięki... - ledwo panując nad płaczem wziąłem kilka oddechów przysłuchując się rozmowie kobiety z kimś jak nie mam z ich bazy medycznej
- Dać coś na uspokojenie? - słysząc pytanie spojrzałem się na drugiego ratownika od razu pokręciłem głową, po czym wyjąłem z kieszeni telefon wybierając od razu numer mojego brata
- Jay?... Nic ci nie jest?... Tato to Jay, żyje... Mówiłem, że ten głupek zawsze wychodzi cało - słysząc spanikowany głos Kamrana poczułem jak nie tylko do moich oczu napływają łzy, ale jak kąciki moich ust lekko uniosły się
- Hej... żyje, ale tylko dzięki jednej osobie, z którą właśnie jadę do szpitala, w którym pracuje mama... A tak to jestem cały i nie musicie się martwić... - powiedziałem mając nadzieję, że ani brat ani tata nie wpadną na pomysł przyjechania do szpitala
- Synu naprawdę nic ci nie jest?... Nawet nie wiesz jak bardzo się martwiłem i nawet nie wiesz jak nie przykro, że to musiało spotkać właśnie ciebie i twoich przyjaciół... - strach i ból słyszany w głosie taty sprawił, że po moich policzkach spłynęło kilka łez. Kurde każda taka akcja osób z Pakistanu tylko raniła ojca, a teraz zapewne tylko go rozbiła
- Tato naprawdę nic mi nie jest… Jadę z Anastasią do szpitala mamy, odezwę się póżniej, dobrze?... Poproś tylko Kamrana by zadzwonił do Marka, żeby przyjechał jak najszybciej do szpitala - szepnąłem sam nie wiedząc co mam mu powiedzieć, bo przecież teraz nie spuszczę mu bombę na głowę w postaci, że Ana uratowała mi życie i, że tamci ludzie zabili Franza
- Spokojnie synu, zaraz przyjedziemy do szpitala… - rzucił tata, a ja ciężko westchnąłem kręcąc głową
- Tato nie przyjeżdżaj do szpitala… Teraz tam będzie kocioł i nie wiem czy to będzie dobry pomysł - rzuciłem od razu
- Jay uwierz mi, że tata jest w takim stanie, że chyba nawet dobrze by było gdyby był tam gdyby coś… - słysząc słowa brata kręcąc głową ciężko westchnąłem. Cholera jeszcze by tego brakowało by tacie coś się stało przez tych gnojków
- Dobra… W takim razie dozobaczenia w szpitalu i zadzwońcie do Marka - nie dodając nic więcej szybko się rozłączyłem
- Cholera tracimy ją… Jan szybciej jedź… Florian dwie ampułki adrenaliny, ale już… No dalej dziewczyno walcz… Kurde zatrzymała się… Jan zatrzymaj się… Jay musisz teraz stąd wyjść i to bez dyskusji… - gdy tylko krótką ciszę przerwał pisk aparatury niemalże natychmiast poczułem jak moje serce zaczęło szybciej bić, a wszystko jakby znów zwolniło. W momencie kiedy usłyszałem, że mam wyjść chciałem coś powiedzieć, ale drugi ratownik popchnął w mnie w stronę otwartych drzwi, które zamknął jak tylko bylem na zewnątrz. Nie mogąc powstrzymać spadających po policzkach łez oparłem się czołem o szybę drzwi.
- Boże błagam nie zabieraj jej... Proszę... Ona musi żyć... - szepnąłem zamykając oczy mając wielką nadzieję, że Bóg mnie wysłucha i nie zabierze do siebie blondynki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz