Narracja Izabelli
Próbując ignorować narastający ból w klatce piersiowej patrzyłam się przez okno nawet nie próbując skupiać się na mijających znanych widokach. Niby czułam podświadomie, że znając rodzinne geny i mnie dopadnie rak, ale jednak w życiu nie spodziewałam się, że mierząc się z tą przeklęta chorobą będę musiała także walczyć o życie mojego maleństwa. Słysząc swój ostatnią myśl odruchowo położyłam rękę na brzuchu. Znów jestem w ciąży. Boże dlaczego los musiał sprowadzić tą małą istotkę właśnie teraz czy też dlaczego musiałam właśnie w tym momencie zachorować. Czemu kurde jak już się wali to wali się po całości. Przymykając oczy pokręciłam głową i starając się głęboko oddychać próbowałam hamować łzy. Wiem, że muszę teraz myśleć o dziecku i wierzyć, że mój organizm wytrzyma na tyle długo bym mogła urodzić dziecko, bo nie przeżyje straty drugiego dziecka. Czując delikatny uścisk na kolanie otworzyłam oczy spoglądając na Chrisa, który pocieszająco uśmiechnął się
- Wiem kwiatuszku o czym myślisz i choć wcale ci się nie dziwię to proszę cię postaraj się nie zadręczać się tym, bo tylko się bardziej denerwujesz a to szkodzi tobie i naszemu maleństwu – powiedział Chris, a ja skinęłam głową
- Wiem o tym blondynku, ale jednak to jest chyba po prostu niezależne ode mnie... Ten cholernie paraliżujący strach o nasze maleństwo… - szepnęłam na co niebieskooki jeszcze raz ścisnął moje kolano jakby w sposób chciał mi oddać otuchy
- Musimy wierzyć, że wraz z tym strachem jest też nadzieja, że wszystko dobrze się ułoży Kochanie, a teraz lepiej zmieńmy temat, np. opowiesz na to by jak wrócimy do domu to zrobię ci kąpiel, a potem zrobię nam coś dobrego, o ty na to? – starając się lekko uśmiechnąć skinęłam głową wierząc, że faktycznie muszę trzymać się nadziei, że wszystko jakoś się ułoży. Gdy tylko Heine zaparkował pod domem od razu wysiadłam z auta kierując się po chwili z nim do domu
- Cześć… Co wy tu robicie? – nie powiem widząc pod drzwiami swoich rodziców od razu poczułam bolesny uścisk w klatce piersiowej. Zdawałam sobie sprawę, że muszę szybko powiedzieć rodzicom o raku i dziecku, ale myślałam, że mam na to kilka dni.
- Richie powiedział mi, że widział was w szpitalu… Co się dzieje? – powiedział tata, a ja dostrzegając wzrok mamy od razu zorientowałam się, że przeczuwa jakaś część prawdy
- Bell czy ty… Błagam cię tylko nie mów, że ty też… – łamiący się głos mamy sprawiły że natychmiast do moich oczu napłynęły łzy
- Wejdźmy lepiej do środka – Chris nie tracąc czasu Szybko otworzył drzwi puszczajcze moich rodziców przodem
- Pamiętaj, że jestem obok – szepnął szybko blondyn, na co posyłając mu lekki uśmiech weszłam do środka mieszkania, gdzie szybko pozbywają się zbędnych rzeczy weszłam do salonu
- Proszę usiądźcie. Musimy porozmawiać… – powiedział Chris i biorąc mnie za rękę poprowadził do kanapy na której usiedliśmy
- Dobra powiedzcie co się dzieje, bo widząc wasze miny to przypuszczam, że coś się stało – powiedział tata, a ja poczułam jak Chris lekko ściska moją rękę jakby w ten sposób chciał dodać mi otuchy
- Wykryli u mnie nowotwór… – szepnęłam jedynie czując jak napływające nowe łzy ściskają mi gardło uniemożliwiając mi dalsze mówienie
- Boże dziecko… – mama wydając z siebie wręcz rozpaczliwy jęk wstała z fotela podchodząc do mnie przez co odruchowo wstałam przytulając się do mamy
- Córeczko… Boże… Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję, że musiałam przekazać ci ten gen i musisz przechodzić przez to samo… – słysząc słowa mamy nie mogąc powstrzymać łez pokręciłam głową
- Mamuś nie jesteś niczemu winna, rozumiesz?… Widocznie tak musiało być… – szepnęłam czując coraz mocniejszy uścisk w klatce piersiowej, który zwiększył swoje natężenie pod wpływem widoku łez moich rodziców
- Powiedźcie mi co powiedział lekarz… Czy zamierzają podać ci te same leki co mamie czy jeszcze jakieś inne? – spytał się tata, a ja nie mogąc powstrzymać łez pokręciłam głową przytulając się do niego
- Niestety to bardziej skomplikowane… – zaczął mówić Chris na co mój tata odsunął się ode mnie z niedowierzaniem patrząc się na mnie
- Chyba nie chcecie powiedzieć, że są już przeżuty i że lekarze nie chcą podjął się leczenia – rzucił wręcz krzycząc mój ojciec na co pokręciłam głową
- Nie… Chodzi o to, że… jestem w ciąży – szepnęłam czując jak Chris stając za mną objął mnie w pasie kładąc ręce na moim jeszcze niewidocznym brzuchu
- Co?/Boże Bella – powiedzieli jednocześnie moi rodzice a ja odruchowo znów przytuliłam się do mamy
- Co mówią lekarze?… Przecież… coś muszą zrobić… – szepnął rozpaczony ojciec, na co zerknęłam na Chrisa mając nadzieję, że on powie, bo ja nie miałam na to sił
- Mamy trzy wyjścia. Pierwsze które od razu odrzuciliśmy to aborcja. Druga opcja polega na tym, że czekamy do jakiegoś 5 miesiąca ciąży aż nasze maleństwo będzie na tyle duże i zdrowie że sprecyzowana chemia jaką jej podadzą nie zaszkodzi dziecku, a jednocześnie spowolni działanie nowotworu… Trzecie wyjście jest takie że z jakimkolwiek leczenie nowotworu czekamy aż do porodu i do momentu w którym Bella dojdzie do siebie po nim jednakże w tym wypadku nie wiadomo czy nie będzie wtedy już za późno na leczenie… – powiedział Chris a ja mocniej wtuliłam się w rodzicielkę, która pocałowała mnie w głowę
- Zakładam w takim razie że wybieracie drugą opcję… Boże co mówię przecież to oczywiste… – mama kiwając głową pociągnęła mnie w kierunku kanapy, na której usiadłyśmy
- Powiedźcie mi jak możemy wam pomóc, co możemy dla was zrobić – rzucił szybko mój rodziciel na co zerkając na niego pokręciłam głową
- Po prostu bądźcie przy nas… Tego teraz najbardziej potrzebujemy – Chris nie dodając nic więcej pocałował mnie w głowę, a ja przymykając oczy mocniej wtuliłam się w mamę. Mój blondynek miał rację, że prócz obecności rodziców nic nam teraz nie potrzeba. No może trochę wiary i nadziei, że przynajmniej nasze maleństwo urodzi się zdrowe, ale tego nikt nie może nam dać.
***
- Pomyślałem, że może się napijesz się gorącej czekolady – odrywając wzrok z zachodzącego słońca spojrzałam się na siadającego obok Chrisa posyłając mu uśmiech
- Dziękuję ci… Szczerze mówiąc nawet mam chęć na czekoladę, choć chyba powinnam ograniczyć cukier skoro i tak oficjalnie przechodzę na wegetarianizm – mówiąc wzięłam kubek od blondyna, który cicho się śmiejąc pokręcił głową
- Wiesz kochanie może i rak wymusił na ciebie zmianę diety to jednak chyba nic się nie stanie jak przynajmniej raz w tygodniu zrobisz sobie taki słodki dzień – znów lekko uśmiechając się do niego pokiwałam głową, na co on objął mnie ramieniem całując w głowę
- Rozmawiałem z twoim tatą i powiedział, że w mnie czego masz nie spieszyć się z powrotem do pracy… – słysząc słowa niebieskookiego od razu pokręciłam głową
- Chris póki jestem na siłach będę chodzić do pracy, będę robiła swoje, będę jak najwięcej wam pomagała i przy okazji podzielę pracę między wami na wszelki wypadek gdybym nie mogła przyjść do pracy a Ann nie wróciła do tego czasu – powiedziałam na co Chris pokiwał głową całując mnie w głowę
- Dobrze. Pamiętaj tylko, że jakby co to zawsze będę obok do pomocy i mów jakbyś poczuła się źle, dobrze? – kiwając głową pocałowałam Heinego w policzek, na co on uśmiechnął się kładąc dłoń na moim jeszcze niewidocznym brzuchu jednocześnie nieco do niego się nachylił
- Wiesz słoneczko razem z mamusią bardzo cię kochamy. Musisz bardzo szybko rosnąć i za bardzo nie dokuczać mamie, bo ona teraz potrzebuje dużo sił… – szepnął blondynek, na co cicho się zaśmiałam
- Nasze małe słoneczko… – starając się powstrzymać łzy położyłam swoją rękę na dłoni niebieskookiego, który od razu złączył je ze sobą
- Ej, nie płacz… Wiem, że nie mogę ci odbierać, że będzie dobrze, ale będę przy tobie, przy was i jest przy nas nasza mała Angel, więc razem dany radę stawić temu czoła, a przynajmniej będziemy wspólnie walczyć – słysząc słowa Heinego odruchowo ścisnęłam jego ręka
- Angel? – spytałam się zastanawiając się nad imieniem jakie on użył
- Widzisz pamiętasz jak mówiłem ci o tym, że jak byłem po tamtej stronie spotkałem małą anielice, która wydała mi się bardzo znajoma i dopiero wczoraj zdałem sobie sprawę, że to była nasza mała córeczka, która czuwała nade mną, a teraz zapewne czuwa nad nami i tak wpadłem na to, że najlepszym imieniem dla niej będzie po prostu Angel – nie mogąc wydusić z siebie słowa przez spływające ciurkiem łzy pokiwałam głową bardziej przytulając się do blondyna, który pocałował mnie w głowę
- Szczerze? Gdy mi to powiedziałeś od razu domyśliłam się tego, że to nasza córeczka. Nie myślałam nad imieniem ale Angel jest pięknym imieniem dla naszej córeczki… – szepnęłam nie mogąc powstrzymać napływających do oczu łez, które niebieskooki zaczął je ocierać
- Wiesz niby chciałabym mieć kilkoro dzieci, w tym córeczkę i synka, ale… teraz chyba zdecydowanie bardziej wolę by to był syn aby nie przekazać mu tego cholernego genu… Myślisz, że imię Bastian będzie pasowało do naszego synka? – nie dodając nic więcej zerknęłam na Chrisa, który na początku patrzył się na mnie szokowany ale po krótkiej chwili uśmiechnął się
- Naprawdę chciałabyś tak nazwać naszego synka? Wydaje mi się, że będzie pasowało do niego… W ogóle to dziewczynka też nie byłaby zła. Nasza mała Rosalie. Ładnie brzmi co? – szerzej uśmiechając się patrzyłam się na również uśmiechniętego blondyna
- Rose? Przepiękne imię dla naszej ewentualnej córeczki – szepnęłam mocniej wtulając się w niebieskookiego, który pocałował mnie w głowę
- No a tak w ogóle to powiem ci, że dzwoniłem do swoich rodziców i powiedziałem im o tym, że będą dziadkami oraz, żeby trzymali za ciebie kciuki. Mama od razu słysząc, że zostanie babcią to tak zaczęła krzyczeć z radości, że myślałem, że uszkodzi mi bębenek. Oczywiście gdy usłyszała, że masz raka to od razu chciała przyjechać by nam pomóc, ale łagodnie dałem jej do zrozumienia,. żeby na razie do nas nie przyjeżdżała, bo później będzie nam potrzebna, więc ma być w gotowości, a ona za to kazała nam od razu dać znać, a wtedy natychmiast kupi bilet i do nas przyleci. No i kazała cię ucałować, uściskać i powiedzieć, że kocha cię, że możesz na nią i na mego tatę liczyć, więc mam nie krępować się gdybyś czegoś potrzebowała i wierzą, że wszystko będzie dobrze – słysząc słowa Heinego mimowolnie lekko uśmiechnęłam się. Uwielbiam Evelyn i wiedziałam, że jak dowie się prawdy to nie tylko będzie szczęśliwa co będzie chciała tutaj przylecieć by nas wspierać. Nie powiem to miłe i cieszę się, że możemy liczyć na rodzinę i zapewne na przyjaciół jak tylko dowiedzą się prawdy, lecz szkoda, że Anny tutaj nie ma
- Wiesz jak ucięłaś sobie drzemkę to odwoniłem do Anny, ale że nie odebrała to napisałem jej smsa by wróciła bo potrzebujesz jej, ale jak na razie nie ma od niej wiadomości zwrotnej, wiec czekamy… W ogóle to tak sobie pomyślałem, że może warto byłoby napisać na portalach społecznościowych informacje o tym, że właśnie przeżywamy najszczęśliwszy a zarazem najgorszy moment w naszym wspólnym życiu, bo dzięki temu jest jakaś szansa, że Anastasia odezwie się do kogoś z nas i wróci – wyszeptał po krótkiej chwili Chris jakby dosłownie czytał w moich myślach, przez co pocałowałam go
- Kocham cię Chris – niebieskooki słysząc moje słowa uśmiechnął się promienno-uwodzicielsko, po czym musnął moje usta, a ja od razu zaczęłam oddawać pocałunek z wieczną namiętnością przelewając w niego wszystkie swoje uczucia jakie żywię do tego mężczyzny wierząc, że naprawdę to wszystko skończy się dobrze.
1 komentarz:
Kochana rozdział jak zawsze BOMBOWY!!! Uwielbiam twoje pisanie ! <3
Jejku tak mi ich szkoda że normalnie sama bym ich przytuliła .. To faktycznie najszczęśliwszy i najgorszy czas w ich życiu. Mam tylko nadzieję że przetrwają to i że wszystko skończy się dobrze!
Chris tak mnie rozczula ahhh!!!!
Co do Ann to do cholery mogłaby w końcu się odezwać :/
Jay kuźwa zrób coś!!!!!!
Czekam na kolejny!
Buziaki ;*****
Prześlij komentarz